26 sierpnia 2014

CCCB, czyli o co w tym właściwie chodzi?

W Barcelonie niestety nie ma takich luksusów jak w Paryżu, czytaj: bezpłatnych wejść do muzeów dla uczniów i studentów z Unii Europejskiej, co czyni Barcę całkiem nietanim przedsięwzięciem. Jednak zawsze znajdą się jakieś sposoby, aby zaoszczędzić trochę groszy. Albo raczej centów. No dobra, euraków. Większość muzeów przynajmniej raz w miesiącu, a niektóre raz w tygodniu, pozwalają na darmowe zwiedzanie obiektu. Najczęściej jest to pierwsza lub ostatnia niedziela miesiąca. Miałyśmy to szczęście, że w te obydwie niedziele gościłyśmy w Barcelonie, więc udało nam się zaglądnąć tu i ówdzie bez uiszczania opłat. Mogłyśmy sobie za to kupić jakiś porządniejszy obiad. :D



Centre de Cultura Contemporània de Barcelona, czyli Centrum Kultury Współczesnej w Barcelonie kusiło nas już od początku i bynajmniej nie tylko faktem darmowego wstępu. Ciekawe byłyśmy, co tam zobaczymy. Będąc już wewnątrz centrum zdziwiło nas to, że nie było tam kilometrowej kolejki do wejścia. Hmm. Czerwona lampka się zaświeciła, że coś jest nie tak. Kilka godzin wcześniej byłyśmy w Muzeum Picassa i przyszło nam odstać jakieś pół godziny w kolejce. Tym razem wchodzimy od ręki? Wciąż zdziwione krótko podsumowujemy sytuację: albo tu jest beznadziejnie i nie warto sobie głowy zawracać zwiedzaniem, albo wręcz przeciwnie – jest znakomicie, a ludzie tego nie odkryli. Obydwie chyba bardziej skłaniamy się ku wersji pierwszej, ale nie dajemy tak łatwo za wygraną i wchodzimy do środka. Pierwsza wystawa nosi tytuł „Metamorphosis”. Wciąż nie wiedząc czego się spodziewać, przechodzimy przez próg sali wystawowej.


Wystawa ta prezentuje dzieła czterech wybitnych (ponoć są wybitni, choć dotąd zupełnie mi nie znani) twórców filmów animowanych (ale nie tych z rodzaju Shreka czy Królewny Śnieżki).  Przytoczę tutaj ich nazwiska, może ktoś się bardziej orientuje w temacie i coś mu to powie, bo mi nadal niewiele mówi. A więc, Ladislas Starewitch (Polak urodzony w Rosji), Jan Švankmajer oraz bracia Quay. Na głównej stronie internetowej centrum, widnieje taka oto informacja o tejże wystawie: „Trzy unikalne filmografie, które mają wiele wspólnego: ekscentryczny wszechświat snu gdzie współistnieją niewinność, okrucieństwo, pożądliwość, magia i szaleństwo. Niepokojący, poetycki, przejrzysty i czasami groteskowy, czasami fantasmagoryczny krajobraz z ludzi, którzy kochają bezproduktywność i bezcelowość.” Brzmi niezrozumiale, jak pomieszane z poplątanym i … takie właśnie jest. Pomieszanie bajki z opowieścią grozy. Zdaje się, że ludzie na poziomie określają to mianem niekonwencjonalności. Osobiście nie bardzo wiedziałam, o co tak naprawdę chodziło w tych ich krótkometrażowych filmach animowanych. Obejrzałyśmy ich kilka (w centrum jest kilkanaście ekranów, gdzie można oglądać dzieła wcześniej wymienionych panów), nasze reakcje były różne – od śmiechu, poprzez niesmak, do zaskoczenia i zdumienia.




Naszą ulubioną projekcją stała się opowieść o dziecku korzeń (tak też przez nas nazwana). Obejrzałyśmy ją aż dwa razy! Ale chyba przekazu i tak nie odczytałyśmy prawidłowo. Bo fabuła była mniej więcej taka: Szczęśliwe małżeństwo. Kobieta zamiast dziecka człowieka rodzi dziecko korzeń. Korzeń okazuje się wyrodnym noworodkiem i wszystkożercą. Rodzice nie nadążają z karmieniem. Punkt kulminacyjny  - dziecko korzeń ma ochotę na długie blond włosy mamy i wciąga je niczym makaron spaghetti. Zakończenie – dziecko korzeń pożera całą plantację ogródkową kapusty. KONIEC. 


Ktoś wie może, O CO CHODZI? Generalnie to pytanie cały czas mnie trapi podczas odkrywania tej wystawy, jednak mimo tego, coś mnie w tym wszystkim fascynuje. Na koniec jeszcze taki cytat:


Hmmm, bynajmniej nie czułam, żeby coś się zmieniło w moim życiu po obejrzeniu wystawy. Nie przeszłam przeobrażenia, ani nie stałam się nowo narodzoną. Za to dziecko korzeń stało się hitem całego wyjazdu. :) 

I pierwiastek polskości...  :) 
Piętro wyżej kolejna wystawa „Big Bang Data” . Brzmi równie tajemniczo jak poprzednia. I znowu czytamy na stronie muzeum: Big Bang data bada zjawisko informacyjnej eksplozji, którego obecnie doświadczamy. […] Interpretowanie danych w radykalny sposób zmienia nasze społeczeństwo.” Zapowiada się ciekawie! I już na samym wstępie tak właśnie jest. Duże pomieszczenie, którego podłoga pokryta jest polityczną mapą świata, a na ścianie znajduje się szereg innych danych. Robi wrażenie. Ale na tym się nie kończy. 


Kolejne pomieszczenie, a w nim ewolucja nośników pamięci – od prehistorycznych dyskietek, przez płyty CD, do USB. Od kilku kilobajtów po gigabajty. 



Dalej – pokój pełen zdjęć, ściana pokazująca masowość używania kamer internetowych, obraz utworzony z filmów fotograficznych czy ludzkich twarzy. Globusy, z których każdy obrazuje różne wartości na mapie świata. Systemy monitorujące transakcje płatnicze czy ruch turystyczny na świecie. To tylko niektóre z „eksponatów”.









Wkrótce żegnamy się z Centrum Kultury Współczesnej nie żałując ani chwili w nim spędzonej. Już poznałyśmy odpowiedź na pytanie, które zadałyśmy sobie przed wejściem. Centrum, no może nie tyle samo centrum, ile te konkretne dwie wystawy, były niezwykłe, a zarazem nieodkryte przez tłumy upajające się Picassem (którego muzeum tak swoją drogą wcale nas nie zachwyciło).  To z pewnością najdziwniejsze i jedno z najlepszych „muzeów” w jakich byłyśmy. Polecam! Może kolejne wystawy będą tak samo intrygujące. Oby! :)


8 komentarzy:

  1. Ja też często tak mam, że jak idę w bardzo znane miejsce, to jestem nim często trochę rozczarowana, bo sława przerasta rzeczywistość. A czasem trafi się w nieznane miejsce, które zachwyca. To samo miałam z obrazami w Luwrze. Mona Lisa - jedno wielkie rozczarowanie, a niektóre obrazy o których nigdy nie słyszałam, to po prostu zapierały dech;))).

    Pozdrawiam

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, miałam to samo z Mona Lisą! Ogromne rozczarowanie!

      Usuń
  2. Pokój pełen zdjęć jak tatrzańskie piargi :) Świetne wystawy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe muzeum - zwłaszcza te dalsze wystawy. Bo tak o tych bajkach jak czytam, to tez nic z tego nie rozumiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Te bajki wydają się całkiem ciekawe. Jak coś jest niezrozumiałe i niejasne do końca to już mi się podoba, bo pozwala na własną interpretację. Ale ogólnie całe muzeum jest bardzo pozytywne w moim odczuciu. Takie inne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, też czasami lubię sobie coś po swojemu dopowiedzieć :)
      A chyba właśnie ta "inność" muzeum najbardziej mnie fascynuje.

      Usuń