2 marca 2014

Biało, biało dookoła, czyli Tatry ubrane w biały puch

Kończą się moje ferie zimowe. Zimowe? To chyba troszkę za dużo powiedziane. W tym roku przecież nie ma zimy. Po jesieni przyszła wiosna. Jako że moją ulubioną porą roku jest jednak zima, byłam spragniona widoku białego puchu i poczucia mroźnego powietrza lekko szczypiącego w nos.  Zatem – oczywisty kierunek: Tatry. W środku lutego nawet i Zakopane budziło się do życia niczym pierwsze wiosenne pierwiosnki. Na szczęście górskie szczyty były białe.  To od razu poprawiło mi humor. J


Cel: Grześ – Rakoń – Wołowiec
Szlaki:  żółty – niebieski –żółty

Ulokowaliśmy się w schronisku na Polanie Chochołowskiej. Rzadko bywałam w tamtych rejonach Tatr Zachodnich, zatem czas najwyższy aby nadrobić zaległości. Pierwszego dnia postanowiliśmy przejść się znaną już nam trasą, czyli Grześ – Rakoń – Wołowiec. Pogada zapowiadała się bardzo optymistycznie – błękitne niebo, białe obłoki i słońce. Poprzedniego wieczoru przyprószyło troszkę śniegu, więc jak na moje oko warunki idealne. Już przed godziną 8 jesteśmy na szlaku i pniemy się w górę. Początkowo idziemy ścieżką przez zalesiony teren. Gdzieniegdzie przebłyski pomiędzy drzewami ukazują nam górskie wierzchołki. Szlak jest przetarty i widoczny, nie mamy więc żadnych kłopotów i trudności.



W końcu otwarta przestrzeń i od razu widoki z niemalże najwyższej półki. Coś, na co tak długo czekałam! Od tej chwili nie rozstaję się z aparatem. Próbuję uchwycić panoramę, chwytać każdy moment. Moją uwagę przyciąga Bobrowiec.  Zapisuję każdy obrazek w pamięci. W końcu to dużo cenniejsze niż zdjęcia. :)





Słońce pięknie promienieje na prawie bezchmurnym niebie i ilekroć zmieniamy kierunek naszego marszu, słońce robi to samo i wciąż nieubłaganie rozświetla nasze twarze. Przypomina mi się tekst piosenki „iść, ciągle iść w stronę słońca…”. Tak, to zdanie staje się dzisiaj naszym słowem przewodnim.


Tuż po godzinie 9 wchodzimy na Grzesia (1653 m n.p.m.). Krótka przerwa na małe rozeznanie w terenie. Wyciągam mapę, porównuję widoki ze zdjęciem i rozpoczynam lekcję z tatrzańskiej topografii. Idzie mi dosyć sprawnie. Z łatwością rozpoznaję wierzchołek Wołowca i Rakonia znajdujących się tuż przed nami. W tle, po prawej stronie, słowackie Rohacze, po lewej Łopata i Jarząbczy Wierch. 



9 lutego 2014

Riva del Garda, czyli nad największym włoskim jeziorem

Riva del Garda to niewielka włoska miejscowość położona w Trydencie, u brzegu największego (i najczystszego!) jeziora tego kraju –  jeziora Garda. Miałam okazję spędzić kilka godzin w tym uroczym zakątku korzystając z dnia ‘restowego’ podczas obozu wspinaczkowego w Dolomitach.


Próby złapania stopa na kilkadziesiąt kilometrów przed Riva del Garda niestety nie powiodły się. Musiałyśmy zatem zadowolić się widokiem dojrzewających winogron w pobliskich winnicach i ciepłymi promieniami słońca niezmiernie prażącymi nasze głowy. W końcu wsiadłyśmy do autobusu i po około pół godzinie zawitałyśmy w miasteczku.


Zadziwiająca bliskość gór, ciepły klimat i obecność jeziora wprawiły mnie w bardzo entuzjastyczny nastrój. Od razu polubiłam to miejsce. 




Na początku – spacer przypadkowymi uliczkami i zakupy w lokalnym sklepie. Niedługo po tym trafiłyśmy na główny deptak miasteczka, który doprowadził nas do skalnego podnóża. Nie zastanawiając się długo, podreptałyśmy na szlak turystyczny i po krótkim czasie naszym oczom ukazało się jezioro Garda z perspektywy lotu ptaka. Im byłyśmy wyżej, tym widok bardziej imponujący.  Miasteczko o egzotycznym klimacie, tuż obok brzeg jeziora, wokół góry, błękitne niebo z białymi obłokami …









W okolicy znajdują się liczne szlaki turystyczne oraz kilka via ferrat, każdy więc ‘górołaz’ znajdzie coś dla siebie. Lubiący plaże i szum fal też odnajdą jakiś kącik nad brzegiem jeziora, mogą też wypłynąć na jego głębię. Cisza, spokój i miłe oderwanie od codzienności to coś, co z pewnością oferuje nam Riva del Garda. 

27 stycznia 2014

Bornholm, czyli ziemski raj dla rowerzystów

Nie raz będąc w Kołobrzeskim porcie mijałam katamaran Jantar, który co kilka dni wypływa w  wycieczkowy rejs na duńską wyspę Bornholm. Ostatnio postanowiłam sobie, że kiedy znów pojawię się w tym nadmorskim kurorcie, popłynę na malowniczą wysepkę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.


Najtrudniejszą rzeczą do przełknięcia była oczywiście cena biletu – 180zł (bilet na jeden dzień tam i z powrotem). Od strony organizacyjnej wygląda to mniej więcej następująco: punkt  6.00 wypłynięcie z portu, następnie około 5-godzinna przeprawa przez morze (dla niektórych brzemienna w skutki, szczególnie jak się płynie pod wiatr i fale…). Dopływamy do Nexø. Na wyspie mamy jakieś 5-6 godzin czasu wolnego. Można skorzystać z oferty wycieczki autokarowej do kilku głównych miast wyspy (dla mnie totalny bezsens – w ciągu tych kilku godzin jadąc do 3-4 miast mamy zaledwie około godziny w jednym – mało zdziałamy przez ten czas, więc jest to raczej obiegówka niż faktyczne zwiedzanie). O 17.00 powrót na pokład i kolejne 4-5 godzin spędzone na morzu (tym razem szczęście może bardziej dopisać i wiatr wiać nam w plecy). Przy ładnej aurze pogodowej, z górnego pokładu lub też zza okien restauracyjnych można obserwować zachód słońca. I tak niesamowicie szybko upływa nam jeden dzień pełen wrażeń.


Tak jak napisałam już wyżej, nie lubię zorganizowanych wycieczek autokarowych, dlatego zawsze dreptam własną ścieżką i sama organizuję sobie czas. W przypadku Bornholmu oczywistym było, że wypożyczę dwa kółka i na nich zwiedzę kawałeczek wyspy. Sprawdziłam wcześniej, gdzie dokładnie znajduje się wypożyczalnia rowerów, jednakże adres podany na jednym z głównych portali wiedzy o Bornholmie okazał się błędny (!). Zatem krążyłam chwilę po Nexø i w końcu zostałam zmuszona zasięgnąć porady u sympatycznej ekspedientki sklepu z pamiątkami. Co za ulga, że mówiła po angielsku, dała mi mapkę i wszystko wytłumaczyła. W wypożyczalni również nie było problemu z komunikacją (o dziwo właściciel znał parę słów  po polsku!), zatem... bierzemy rowery i ruszamy przed siebie!


20 stycznia 2014

Disneyland, czyli o tym, że wszyscy mamy w sobie coś z dziecka

Disneyland – spełnienie marzeń i raj dla najmłodszych, niezwykła frajda i zabawa dla starszych. Miejsce, w którym każdy z nas może znowu poczuć się dzieckiem – taką właśnie beztroskę i szaleństwo oferuje nam ten park rozrywki. Każdy znajdzie tam coś dla siebie i może otoczyć się postaciami z ulubionej bajki Disneya. A zatem… ponownie przenieśmy się w krainę bajek!


Disneyland położony jest około 40km od centrum Paryża. Sposoby dostania się tam są różne – możemy wybrać autokar, pociąg RER (linia A) lub też własny samochód.  Ja wybrałam opcję środkową – pociąg RER jadący około pół godziny. Przy tym rozwiązaniu trzeba być jednak uważnym, ponieważ nie każdy pociąg tej linii jedzie do Disneylandu. Nasza stacja docelowa to Marne-la-Vallée, która znajduje się w bliskim sąsiedztwie parku.


Disneyland składa się z dwóch parków rozrywki – jeden to Disneyland Park, drugi Walt Disney Studios Park. Sami decydujemy do którego z nich chcemy się wybrać. Oczywiście ja polecam obydwa. Cenowo wiąże się to z większymi kosztami, jednak skoro już wybieramy się do Disneylandu, nie szczędźmy sobie radości płynącej z bycia tam. Bilet jednodniowy na obydwa parki kosztował mnie 59 Euro (ale był to bilet specjalny z okazji 20 urodzin Disneylandu i z tego względu cena była trochę niższa niż jest teraz). Bilet najlepiej kupić przez Internet – zaoszczędzimy w ten sposób cenne godziny na staniu w ogromnych kolejkach (w których i tak przyjdzie nam jeszcze stać chcąc skorzystać z danej atrakcji…).  Koszta wyjazdu do Disneylandu możemy ukrócić poprzez zabranie ze sobą własnego jedzenia (np. croissanta czy świeżej bagietki kupionej rankiem w piekarni – tak jak ja zrobiłam) czy dojazd pociągiem (wyjdzie taniej i szybciej niż samochodem czy autokarem).


Po wejściu do parku Disneyland, przejściu prze niewielki dziedziniec naszym oczom ukazuje się dobrze znany widok – zamek z czołówek bajek Disneya, do którego prowadzi długi deptak z uroczymi pawilonami po obu stronach.  To właśnie zamek stanowi swojakie centrum tego parku.

5 stycznia 2014

Les Marchés de Noël, czyli Strasburg Bożonarodzeniową stolicą

Tegoroczne Boże Narodzenie minęło nadzwyczaj szybko i … wiosennie. Na zewnątrz ciepło, słonecznie  i ani znaku zimy. Powoli zaczynam zapominać o mroźnych i białych Świętach. Ciężko się przestawić i poczuć wyjątkową atmosferę tego czasu, kiedy o Bożym Narodzeniu przypomina tylko woń pieczonych pierników i kuchenne blaty pełne pierogów. W odnalezieniu niezwykłości Świąt pomógł mi wyjazd do Alzacji słynącej z najpiękniejszych targów świątecznych. Przejdźmy się zatem po jednym z tegorocznych jarmarków w Strasburgu…


Przyznam szczerze, że lubię tego rodzaju jarmarki świąteczne – duże, kolorowe, z tysiącem światełek, tętniące życiem. One mają coś w sobie. Drewniane stragany nie tylko są ozdobą dużych placów czy mniejszych uliczek, ale oferują też szeroki świąteczny asortyment – poczynając od standardowych ozdób świątecznych, kończąc na ręcznie wykonanych obrazach, obrazkach, bombkach i innych drobiazgach przykuwających naszą uwagę.




24 grudnia 2013

Tam gdzie wiało i było biało, czyli w śniegu po kolona przez Czerwone Wierchy

Kiedyś pisałam już o zielonych Czerwonych Wierchach, a dzisiaj będzie o ... białych Czerwonych Wierchach. Nie mogę się już doczekać białych ulic mojego miasta oraz ośnieżonych górek, w które wpatruję się przez okno, dlatego póki co, wracam wspomnieniami do pewnego białego górskiego dnia...


Opisując pewien górski, listopadowy poranek mogłabym zacytować "Aż tu nagle pewnego rana cudna przemiana". Ledwie otworzyłam oczy, podeszłam do okna i zobaczyłam, że na zewnątrz jest... biało. Tyle tylko, że temperatura była dodatnia, więc już od samego rana śnieg zaczął topnieć a z nieba leciało coś śniego-deszczo­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­-podobnego. Jednym słowem - była ciaparaja. Tak nas powitał poranek na Kalatówkach. Więc wszystko, oprócz przymiotnika cudna by się zgadzało.


Cel: Czerwone Wierchy (2004 - 2096 -2122 m n.p.m.)
Szlaki: niebieski – żółty – czerowny –żołty – niebieski



Na szczęście zanim doszliśmy na Halę Kondratową, mgła zdążyła ustąpić, opady ustały, temperatura była niższa i utrzymywał się już śnieg. Dłużej nie zwlekając podjęliśmy kierunek: Przełęcz Kondracka i dawaj do góry pniemy się niebieskim szlakiem, który na szczęście był już przetarty. Po godzinie dochodzimy do przełęczy. Tam spotykamy 3-osobową grupkę, która przecierała nasz szlak.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...