23 maja 2014

Centrum Pompidou, czyli o kreatywności człowieka

Centre Georges Pompidou to muzeum sztuki współczesnej (Musée National d'Art Moderne). Tam także mieści się główna biblioteka Paryża (Bibliothèque publique d'information). Nazwa odnosi się do prezydenta Fracji, z inicjatywy którego utworzono centrum kulturalne na Plateau Beaubourg.  Jako, że ten punkt znalazł się w naszym repertuarze „must see in Paris”, pewnego południa (tak, tak trzeba się wyspać!) wybrałyśmy się właśnie tam.



Pierwszy raz byłam w tego rodzaju muzeum, jednak przyznam, że przypadło mi do gustu, choć jego wygląd zewnętrzny początkowo budził we mnie trochę kontrowersji. Białe, duże rury, kolorowe instalacje, wszystko takie surowe. Szybko doceniłam oryginalność wyglądu zewnętrznego, lecz nie do mnie końca przekonał, gdyż nie wkomponowuje się w okoliczne, typowe, paryskie kamienice.


Mówiąc szczerze na sztuce współczesnej się nie znam. Hmm… właściwie to na temat samej sztuki, też za dużo się nie wypowiem, gdyż nie pozostaje ona w kręgu moich głównych zainteresowań, nie posiadam też artystycznego obycia . Lubię jednak czasami pocieszyć oczy czymś estetycznym. Nie mam  żadnych, ale to żadnych! zdolności plastycznych (tak, to mama robiła za mnie prace na plastykę… :P), podziwiam zatem i doceniam piękne obrazy, a jeszcze bardziej cenię kreatywność i poszukiwanie nowatorskich, niekonwencjonalnych rozwiązań. Niektóre mnie zaskakują, wpatruję się w nie i zastanawiam, jak powstały i jakie niosą przesłanie; inne natomiast rozczarowują i natychmiast przenoszę wzrok na coś, co gwarantuje moim oczom większą satysfakcję.  


Muzeum znajduje się na 5 i 6 piętrze, najpierw trzeba więc przejść systemem „korytarzy-rur” i ruchomych schodów. Cóż, nie powiem, żeby mnie zachwyciło to rozwiązanie architektoniczne, jednak współgra to z ogólnym zamysłem autora i cóż, taka jest specyfika tego miejsca. Zafascynowały mnie za to widoki rozpościerające się z jednego z korytarzy. Ot, taki piękny Paryż!



19 maja 2014

Dolina Chochołowska, czyli ile strat może wyrządzić woda i wiatr

Ostatnio południowa część Polski borykała się z zagrożeniami powodziowymi, doskwierały nam uporczywe deszcze. Woda – jeden z czterech żywiołów, wobec których często jesteśmy bezradni. Czytając jeden z artykułów, natknęłam się na filmik z Doliną Chochołowską pełną wody. Ścieżka wzdłuż doliny jest zupełnie zalana. Smutny jest to widok i trochę... przerażający. Podtopiona została zresztą nie tylko Dolina Chochołowska, ale i inne miejsca, np. Dolina Małej Łąki.

FILMIK
Józek Krzeptowski  jkfilms.ownlog.com



I jeszcze film TPN...

Przykry los spotkał Dolinę Chochołowską nie pierwszy raz w ciągu ostatnich miesięcy. W zimie, tuż przed świętami, Podhale nawiedził halny i wyrządził ogromne szkody, zwłaszcza w zachodniej części naszych Tatr. Kiedy byłam tam w lutym, dolina zdecydowanie nie prezentowała się najlepiej. Zwalone drzewa nie tylko były niezbyt przyjemnym widokiem, ale także stanowiły przyczynę zamknięcia niektórych odcinków szlaków. Nie wspominam przyjemnie powrotu ze schroniska na Polanie Chochołowskiej do Siwej Polany. Już wtedy ubolewałam nad losem tego miejsca, boję się pomyśleć jak będzie wyglądała Dolina po opadnięciu poziomu wody…




16 maja 2014

Paryskie katakumby, czyli o "królestwie śmierci"

Ostatnio oglądając film „Pokłosie” przypomniała mi się wizyta w paryskich katakumbach, a co za tym idzie, postanowiłam niezwłocznie przypomnieć sobie kilka szczegółów tego miejsca i przedstawić je Wam.  

Paryż to miasto, które można obserwować z każdej perspektywy. Z góry popatrzymy na nie z wieży Eiffel'a, Montparnasse czy katedry Notre Dame, „twarzą w twarz” staniemy z Panteonem czy Moulin Rouge, a podziemia możemy poznać nie tylko z perspektywy metra, ale także i katakumb.


Paryskie katakumby położone tuż przy Place Denfert-Rochereau (dawnej bramy miasta) stanowią liczne korytarze, podziemne tunele i krypty. W XVIII w. pełniły one funkcję podziemnego cmentarza dla Paryżan. Mieszczą się one około 20 metrów pod ziemią zajmując powierzchnię niemal 770 ha.

Place Denfert-Rochereau

Podziemne korytarze będące dzisiaj swego rodzaju ossuarium to pozostałości po kamieniołomach, w których w okresie Cesarstwa Rzymskiego wydobywano wapień potrzebny do budowy miasta.  Puste korytarze znajdujące się pod ziemią zaczęły stanowić niebezpieczeństwo i obawy przed opadnięciem centrum miasta.


Niegdyś zmarli chowani byli na obrzeżach miasta lub w pobliżu kościołów. Rosnąca liczba mieszkańców powodowała jednak brak miejsca do pochówku, a woda, która obmywała groby, zanieczyszczała się i stanowiła źródło chorób wśród mieszkańców Paryża. Aby zatem zapobiec rozwojowi epidemii, a także wypełnić  stare tunele kamieniołomów, kości zmarłych były przenoszone do podziemi. Obecnie znajduje się tam szczątki około 6-7 milionów ludzi, a najstarsze z nich pochodzą z okresu Merowingów.


Podczas rewolucji wiele ludzi zostało pochowanych bezpośrednio w katakumbach. Przenoszono tam także szczątki ofiar gilotyny m.in. Lavoisiera, Dantona,  Robespierre’a. W czasie drugiej wojny światowej wykorzystywane jako bunkry niemieckie lub jako kryjówka dla francuskiego ruchu oporu. Dzisiaj katakumby są niewątpliwie jedną z najbardziej obleganych atrakcji turystycznych Paryża. Świadczy o tym między innymi ogromna kolejka stojąca przed wejściem tworząca zakole wokół tamtejszego zielonego skwerku. Wejście do katakumb z wyglądu jest bardzo niepozorne, łatwo można by  je przeoczyć, gdyby nie tłum ludzi czekający na swoją kolej.


My swoje także wystałyśmy w ogromnej kolejce, a na końcu stoczyłyśmy „walkę z czasem”, gdyż było już kilka minut po 16.00 a nam zostało jeszcze kilka kroków do wejścia (ostatni turyści są wpuszczani ok. 16.00). Nasz optymizm jednak zaowocował tym, że zostałyśmy wpuszczone. Kilkanaście osób stojących za nami także. Cóż za ulga. Po pierwsze – udało się wejść po kilku godzinach czekania, po drugie – upał stawał się już nie do zniesienia, liczyłyśmy zatem na „miły chłód podziemi”…


Dzisiaj można zatem zwiedzać niewielką część katakumb, jednakże niektórym i to nie wystarcza. Rocznie rejestruje się wielu poszukiwaczy podziemnych doznań, którzy nielegalnie przemierzają korytarze.

„Zatrzymaj się! To jest królestwo śmierci”.

11 maja 2014

Rower ze sobą weź, czyli o szukaniu dzikiej plaży pośród drzew

Majówka, majówka, i już po majówce. Aż mnie serce bolało, gdy patrzyłam na majówkowe plany znajomych. Niestety ja musiałam zostać w domu, a moją główną atrakcją stały się sterty książek i niezliczona ilość informacji do przyswojenie w związku ze zbliżającą się maturą. Nareszcie mogę już powiedzieć „Ufffff”. Łatwo nie było, ale to już za mną. Teraz priorytetem staje się… wyjazd do Barcelony! Tak swoją drogą, macie może jakieś rady dotyczące tego miasta? 



Choć pogoda sprzyja mniej lub bardziej, to już najwyższa pora, aby wyciągnąć dwa kółka i trochę pojeździć! Żeby zachęcić i Was, i siebie samą, małe przypomnienie z jednej z rowerowych wpraw. 
Ahhh… aż mi się zatęskniło za naszym Bałtykiem! 


Wylegiwanie się na plaży i grzanie w słońcu szybko mnie nudzi, wolę aktywnie spędzać czas, tym bardziej, że zwroty "gotowanaaa kukurydzaaa, popcooooorn!" po godzinie zaczynają mnie po prostu okropnie denerwować. Dlatego też nie wyobrażam sobie wyjazdu na wczasy nad morze i siedzenia tylko na plaży. Zawsze szukam innych rozwiązań. Tym razem znowu padło na ROWER.  



Jednym z bardziej przyjaznych rowerzystom, nadmorskich miast jest Kołobrzeg. Stwarza on bardzo duże możliwości, gdyż posiada wiele ścieżek rowerowych. Począwszy od tych w centrum, poprzez ścieżkę wzdłuż promenady, kończąc na bałtyckim szlaku rowerowym i ścieżce do Ustronia Morskiego. Ta ostatnia powstała stosunkowo niedawno. Nie dość zatem, że jest w bardzo dobrym stanie to jeszcze gwarantuje nam niezapomniane walory krajobrazowe. Niesamowite to uczucie jechać lasem i w prześwicie drzew wiedzieć nasz Bałtyk, cały czas słysząc szum jego fal…

23 kwietnia 2014

Tam, gdzie wracać zawsze będę, czyli moja opowieść o Taize

Podczas tegorocznych Świąt Wielkanocnych coś mnie tknęło i włączyłam płytę z pieśniami z Taize. A co za tym idzie, zaczęłam wracać wspomnieniami do tego miejsca i chwil, które tam spędziłam zeszłego lata…


Pierwszy raz do francuskiej wioski Taize zawitałam prawie dwa lata temu. Wtedy byłam nieco przestraszona, pełna obaw odnośnie sposobu organizacji i funkcjonowania wspólnoty i tego, czy będę w stanie przystosować się do tamtejszych realiów. Jednak spędzając tam zaledwie tydzień, już po pierwszym dniu się tam zadomowiłam. I faktycznie, wioska ma w sobie coś takiego, że jak raz się tam pojedzie, to przybywa się do tego miejsca ponownie. Na mnie też zadziałała ta magiczna siła przyciągania i wyjazd do Taize stał się oczywistym w moich zeszłorocznych wakacyjnych planach.


Za drugim razem dzień przybycia do wioski i przyjęcie nie było dla mnie już tak stresujące jak za pierwszym razem, kiedy wszystko było takie obce. Przywykłam już do widoku setek walizek i bagaży umieszczonych pod namiotem R i w jego okolicach. „Po znajomości” udało nam się otrzymać zakwaterowanie w „międzynarodowym” pokoju. Mieszkałyśmy bowiem z dwoma Holenderkami, Francuzką i Niemką. Z dwoma ostatnimi utrzymywałyśmy bardzo przyjazne relacje, a Holenderki raczej nie były zainteresowane konwersacją.  




19 kwietnia 2014

Wielkanoc już tuż tuż, czyli Wesołych Świąt!


Zbliżają się Święta Wielkiej Nocy i z tej okazji chciałabym życzyć wszystkim Czytelnikom:

smacznego jajka
kolorowych pisanek
suto zastawionego stołu
pysznego żurku
dobrze wypieczonej babki
słodkiego mazurka
milej rodzinnej atmosfery
mokrego dyngusa
radosnego nastroju
pogody ducha
czterolistnej koniczynki
dużo wiary, nadziei i miłości


Wesołego Alleluja!


14 kwietnia 2014

Zielony Paryż, czyli wizyta w Ogrodzie Luksemburskim

Ogród Luksemburski (Le Jardin du Luxembourg) położony jest na lewym brzegu Sekwany, niedaleko Panteonu i Sorbony. To jeden z największych parków w Paryżu. Pamiętam, że my dotarłyśmy tam właśnie spacerując wzdłuż uliczki (Rue Soufflot) prowadzącej od Panteonu wprost do bram Ogrodu. 



Monika wyczytała gdzieś, że w okolicy Ogrodu sprzedają najlepsze creps w całym Paryżu. Wiedziałyśmy więc, gdzie się udać. Jednak ja jak to ja, zamieniłam tę uroczą chwilę w koszmar. A dlaczego? Otóż nie przeczuwając niczego nadzwyczajnego, zamówiłam sobie naleśnika z dżemem… pomarańczowym! I tak oto, zamiast delektować się smakiem crep’a, ja borykałam się z niesmacznym dżemem. Ojj, nigdy więcej!
 Na całe szczęście nie mam fotografii upamiętniającej tą przekąskę. :)


Na szczęście wizyta w Ogrodzie Luksemburskim szybko wyleczyła mnie z niesmaku. Szerokie aleje otoczone rzędem drzew, dużo zieleni i kwiatów, spokój. Gdy zobaczyłyśmy beztroskich Paryżan wylegujących się na trawce, nie mogłyśmy się oprzeć pokusie dołączenia do ich grona. Wyciągnęłyśmy więc jakieś chustki i raz dwa już leżałyśmy na zielonym dywanie. I tak całkiem miło i sympatycznie relaksowałyśmy się po przedpołudniowym zwiedzaniu Muzeum Pompidou.


Właśnie za to kocham Paryż! Jest tam tak wiele miejsc i parków gdzie można sobie przyjść ze znajomymi, usiąść i spożyć lunch lub po prostu porozmawiać... 


Ogród Luksemburski oczarował mnie od pierwszej chwili, kiedy przeszłam przez jego bramy. Najbardziej podobało mi się otoczenie Pałacu Luksemburskiego, w którym obecnie mieści się siedziba Senatu. Sam Ogród powstał w latach 30. XVII w. na życzenie Marii Medycejskiej (żony Henryka IV).  Pałac został zaprojektowany w typowym francuskim stylu, którego zresztą jestem wielbicielką. 


9 kwietnia 2014

Czekając na kolory lata, czyli o kwiatach w dziadkowym ogródku

Formalnie wiosna rozpoczęła się kilka tygodni temu, a nieformalnie trwa… od jesieni. W powietrzu czuć już ciepłe podmuchy wiatru, dnie są coraz dłuższe, a okoliczne parki i skwerki stają się zielone. Ostatnio jednak będąc pochłoniętą tematem matury, studiów i oczywiście planowaniem wakacji, rzadko bywam na dziadkowej działce, która (co wiem ze słyszenia) obfituje w zieleń. Jednak w ramach rekompensaty otwieram czasami folder ze zdjęciami zatytułowany „Działka” i oglądam zdjęcia jakie zrobiłam zeszłej wiosny i minionego lata. O tak, jak dobrze, że świat za niedługo znowu stanie się tak kolorowy i różnobarwny jak kwiaty u dziadka na działce.



1 kwietnia 2014

Trzydniowiański, Kończysty, Starorobociański, czyli wierchowy zawrót głowy

Otoczenie Doliny Chochołowskiej jak dotąd było tą częścią Tatr, którą rzadko odwiedzaliśmy. Chcąc zatem poznać to, co jeszcze nam nieznane decydujemy się na Starorobociański Wierch.  


Cel: Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.)
Szlaki: zielony - czerwony

Z samego rana opuściliśmy schronisko na Polanie Chochołowskiej i udaliśmy się na szlak. Chwilkę szliśmy zielonym, by zaraz odbić w prawo na szlak czerwony będący jednocześnie szlakiem papieskim. Po około 30-40 minutach szlak papieski odchodzi w lewo. Do tego momentu droga nie jest trudna, nie ma zbyt wielu podejść – zaledwie kilka łagodnych. W międzyczasie przechodzimy przez Wyżnią Polanę Jarząbczą skąd rozpościera się przed nami widok na Łopatę.


Niedługo po rozłączeniu szlaków, nasza ścieżka zaczyna wzbijać się coraz bardziej w górę. Po wyjściu z lasu, idąc już otwartym terenem nachylenie terenu zwiększa się, a przed samym Trzydniowiańskim Wierchem (1758 m n.p.m.) podejście robi się dosyć strome. Po niecałych 2h dotarliśmy już na szczyt. Była godzina 9. Miły i słoneczny poranek. Cisza i spokój. Oraz ta niesamowita czystość i nieskazitelność gór o tej porze dnia.





Nie zastanawiając się dłużej, ruszamy dalej szlakiem zielonym w kierunku Kończystego Wierchu. Ledwie zrobiliśmy kilka kroków, wiatr zaczął gwizdać nam do uszu. Im byliśmy wyżej, tym bardziej wiało. W pewnym momencie zbocze góry zdawało się płynąć – wiatr podwiewał sypkie kłęby śniegu, które sunęły po powierzchni. Naprawdę fascynujący widok!


 Z każdym krokiem odsłaniała się nam szersza panorama Tatr. Po lewej stronie, w oddali widać było szczyty Tatr Wysokich, a przed nimi wierzchołki Tatr Zachodnich. Po prawej stronie, już od początku drogi na Kończysty Wierch towarzyszył nam widok na Wołowiec oraz Rakoń (na które wdrapaliśmy się dzień wcześniej).



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...