9 lutego 2014

Riva del Garda, czyli nad największym włoskim jeziorem

Riva del Garda to niewielka włoska miejscowość położona w Trydencie, u brzegu największego (i najczystszego!) jeziora tego kraju –  jeziora Garda. Miałam okazję spędzić kilka godzin w tym uroczym zakątku korzystając z dnia ‘restowego’ podczas obozu wspinaczkowego w Dolomitach.


Próby złapania stopa na kilkadziesiąt kilometrów przed Riva del Garda niestety nie powiodły się. Musiałyśmy zatem zadowolić się widokiem dojrzewających winogron w pobliskich winnicach i ciepłymi promieniami słońca niezmiernie prażącymi nasze głowy. W końcu wsiadłyśmy do autobusu i po około pół godzinie zawitałyśmy w miasteczku.


Zadziwiająca bliskość gór, ciepły klimat i obecność jeziora wprawiły mnie w bardzo entuzjastyczny nastrój. Od razu polubiłam to miejsce. 




Na początku – spacer przypadkowymi uliczkami i zakupy w lokalnym sklepie. Niedługo po tym trafiłyśmy na główny deptak miasteczka, który doprowadził nas do skalnego podnóża. Nie zastanawiając się długo, podreptałyśmy na szlak turystyczny i po krótkim czasie naszym oczom ukazało się jezioro Garda z perspektywy lotu ptaka. Im byłyśmy wyżej, tym widok bardziej imponujący.  Miasteczko o egzotycznym klimacie, tuż obok brzeg jeziora, wokół góry, błękitne niebo z białymi obłokami …









W okolicy znajdują się liczne szlaki turystyczne oraz kilka via ferrat, każdy więc ‘górołaz’ znajdzie coś dla siebie. Lubiący plaże i szum fal też odnajdą jakiś kącik nad brzegiem jeziora, mogą też wypłynąć na jego głębię. Cisza, spokój i miłe oderwanie od codzienności to coś, co z pewnością oferuje nam Riva del Garda. 

27 stycznia 2014

Bornholm, czyli ziemski raj dla rowerzystów

Nie raz będąc w Kołobrzeskim porcie mijałam katamaran Jantar, który co kilka dni wypływa w  wycieczkowy rejs na duńską wyspę Bornholm. Ostatnio postanowiłam sobie, że kiedy znów pojawię się w tym nadmorskim kurorcie, popłynę na malowniczą wysepkę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.


Najtrudniejszą rzeczą do przełknięcia była oczywiście cena biletu – 180zł (bilet na jeden dzień tam i z powrotem). Od strony organizacyjnej wygląda to mniej więcej następująco: punkt  6.00 wypłynięcie z portu, następnie około 5-godzinna przeprawa przez morze (dla niektórych brzemienna w skutki, szczególnie jak się płynie pod wiatr i fale…). Dopływamy do Nexø. Na wyspie mamy jakieś 5-6 godzin czasu wolnego. Można skorzystać z oferty wycieczki autokarowej do kilku głównych miast wyspy (dla mnie totalny bezsens – w ciągu tych kilku godzin jadąc do 3-4 miast mamy zaledwie około godziny w jednym – mało zdziałamy przez ten czas, więc jest to raczej obiegówka niż faktyczne zwiedzanie). O 17.00 powrót na pokład i kolejne 4-5 godzin spędzone na morzu (tym razem szczęście może bardziej dopisać i wiatr wiać nam w plecy). Przy ładnej aurze pogodowej, z górnego pokładu lub też zza okien restauracyjnych można obserwować zachód słońca. I tak niesamowicie szybko upływa nam jeden dzień pełen wrażeń.


Tak jak napisałam już wyżej, nie lubię zorganizowanych wycieczek autokarowych, dlatego zawsze dreptam własną ścieżką i sama organizuję sobie czas. W przypadku Bornholmu oczywistym było, że wypożyczę dwa kółka i na nich zwiedzę kawałeczek wyspy. Sprawdziłam wcześniej, gdzie dokładnie znajduje się wypożyczalnia rowerów, jednakże adres podany na jednym z głównych portali wiedzy o Bornholmie okazał się błędny (!). Zatem krążyłam chwilę po Nexø i w końcu zostałam zmuszona zasięgnąć porady u sympatycznej ekspedientki sklepu z pamiątkami. Co za ulga, że mówiła po angielsku, dała mi mapkę i wszystko wytłumaczyła. W wypożyczalni również nie było problemu z komunikacją (o dziwo właściciel znał parę słów  po polsku!), zatem... bierzemy rowery i ruszamy przed siebie!


20 stycznia 2014

Disneyland, czyli o tym, że wszyscy mamy w sobie coś z dziecka

Disneyland – spełnienie marzeń i raj dla najmłodszych, niezwykła frajda i zabawa dla starszych. Miejsce, w którym każdy z nas może znowu poczuć się dzieckiem – taką właśnie beztroskę i szaleństwo oferuje nam ten park rozrywki. Każdy znajdzie tam coś dla siebie i może otoczyć się postaciami z ulubionej bajki Disneya. A zatem… ponownie przenieśmy się w krainę bajek!


Disneyland położony jest około 40km od centrum Paryża. Sposoby dostania się tam są różne – możemy wybrać autokar, pociąg RER (linia A) lub też własny samochód.  Ja wybrałam opcję środkową – pociąg RER jadący około pół godziny. Przy tym rozwiązaniu trzeba być jednak uważnym, ponieważ nie każdy pociąg tej linii jedzie do Disneylandu. Nasza stacja docelowa to Marne-la-Vallée, która znajduje się w bliskim sąsiedztwie parku.


Disneyland składa się z dwóch parków rozrywki – jeden to Disneyland Park, drugi Walt Disney Studios Park. Sami decydujemy do którego z nich chcemy się wybrać. Oczywiście ja polecam obydwa. Cenowo wiąże się to z większymi kosztami, jednak skoro już wybieramy się do Disneylandu, nie szczędźmy sobie radości płynącej z bycia tam. Bilet jednodniowy na obydwa parki kosztował mnie 59 Euro (ale był to bilet specjalny z okazji 20 urodzin Disneylandu i z tego względu cena była trochę niższa niż jest teraz). Bilet najlepiej kupić przez Internet – zaoszczędzimy w ten sposób cenne godziny na staniu w ogromnych kolejkach (w których i tak przyjdzie nam jeszcze stać chcąc skorzystać z danej atrakcji…).  Koszta wyjazdu do Disneylandu możemy ukrócić poprzez zabranie ze sobą własnego jedzenia (np. croissanta czy świeżej bagietki kupionej rankiem w piekarni – tak jak ja zrobiłam) czy dojazd pociągiem (wyjdzie taniej i szybciej niż samochodem czy autokarem).


Po wejściu do parku Disneyland, przejściu prze niewielki dziedziniec naszym oczom ukazuje się dobrze znany widok – zamek z czołówek bajek Disneya, do którego prowadzi długi deptak z uroczymi pawilonami po obu stronach.  To właśnie zamek stanowi swojakie centrum tego parku.

5 stycznia 2014

Les Marchés de Noël, czyli Strasburg Bożonarodzeniową stolicą

Tegoroczne Boże Narodzenie minęło nadzwyczaj szybko i … wiosennie. Na zewnątrz ciepło, słonecznie  i ani znaku zimy. Powoli zaczynam zapominać o mroźnych i białych Świętach. Ciężko się przestawić i poczuć wyjątkową atmosferę tego czasu, kiedy o Bożym Narodzeniu przypomina tylko woń pieczonych pierników i kuchenne blaty pełne pierogów. W odnalezieniu niezwykłości Świąt pomógł mi wyjazd do Alzacji słynącej z najpiękniejszych targów świątecznych. Przejdźmy się zatem po jednym z tegorocznych jarmarków w Strasburgu…


Przyznam szczerze, że lubię tego rodzaju jarmarki świąteczne – duże, kolorowe, z tysiącem światełek, tętniące życiem. One mają coś w sobie. Drewniane stragany nie tylko są ozdobą dużych placów czy mniejszych uliczek, ale oferują też szeroki świąteczny asortyment – poczynając od standardowych ozdób świątecznych, kończąc na ręcznie wykonanych obrazach, obrazkach, bombkach i innych drobiazgach przykuwających naszą uwagę.




24 grudnia 2013

Tam gdzie wiało i było biało, czyli w śniegu po kolona przez Czerwone Wierchy

Kiedyś pisałam już o zielonych Czerwonych Wierchach, a dzisiaj będzie o ... białych Czerwonych Wierchach. Nie mogę się już doczekać białych ulic mojego miasta oraz ośnieżonych górek, w które wpatruję się przez okno, dlatego póki co, wracam wspomnieniami do pewnego białego górskiego dnia...


Opisując pewien górski, listopadowy poranek mogłabym zacytować "Aż tu nagle pewnego rana cudna przemiana". Ledwie otworzyłam oczy, podeszłam do okna i zobaczyłam, że na zewnątrz jest... biało. Tyle tylko, że temperatura była dodatnia, więc już od samego rana śnieg zaczął topnieć a z nieba leciało coś śniego-deszczo­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­-podobnego. Jednym słowem - była ciaparaja. Tak nas powitał poranek na Kalatówkach. Więc wszystko, oprócz przymiotnika cudna by się zgadzało.


Cel: Czerwone Wierchy (2004 - 2096 -2122 m n.p.m.)
Szlaki: niebieski – żółty – czerowny –żołty – niebieski



Na szczęście zanim doszliśmy na Halę Kondratową, mgła zdążyła ustąpić, opady ustały, temperatura była niższa i utrzymywał się już śnieg. Dłużej nie zwlekając podjęliśmy kierunek: Przełęcz Kondracka i dawaj do góry pniemy się niebieskim szlakiem, który na szczęście był już przetarty. Po godzinie dochodzimy do przełęczy. Tam spotykamy 3-osobową grupkę, która przecierała nasz szlak.


20 listopada 2013

Z czarno-białej perspektywy, czyli morze bez błękitu nieba

Nasze otoczenie jest barwne i kolorowe. Istnieje tyle kolorów, że chcąc nazwać je wszystkie trzeba by poświęcić sporo czasu. Jednak jak dla mnie, to właśnie biel i czerń są barwami posiadającymi pewną wyższość nad innymi kolorami. Obydwa czyste i wyraziste, symboliczne, przeciwstawne.




Na blogu zazwyczaj jest kolorowo. Barwne fotografie, przepełnione kolorami krajobrazy. Ale dzisiaj dla odmiany  będzie czarno-biało. Bo czarno-biało wcale nie znaczy mniej ciekawie czy szaro-buro. To po prostu inny wymiar fotografii. Czasem mam wrażenie, że bardziej poważny i patetyczny, niemniej jednak równie intrygujący. W końcu początki fotografii to właśnie czerń i biel. Jest coś niezwykłego w takich zdjęciach. Nasz wzrok nie jest rozproszony barwnymi elementami, można więc dostrzec więcej szczegółów. Przy tym czarno-białe zdjęcia są takie klimatyczne….


Zapraszam zatem na spacer brzegiem morza wzdłuż kołobrzeskich plaż w czarno-białej scenerii.

13 listopada 2013

Wiktorówki, czyli uczcijmy pamięć o tych, którzy zginęli w górach

Góry - jakże piękne, jakże zdradliwe. Bywa, że lubią pokazywać swoją wyższość nad człowiekiem. W starciu człowiek-góry ten pierwszy staje się nic nie znaczącym w obliczu skał i przepaści.
Znamy wiele sławnych postaci, które zmagając się z górą polegli. Jednak oprócz nich, w górach życie straciło setki innych ludzi. Na tatrzańskich Wiktorówkach znajdą się tablice upamiętniające tych, którzy zostali w Tatrach na zawsze.







4 listopada 2013

Buda, czyli naddunajskie wzgórze zamkowe

Budapeszt – węgierska stolica, powstała po połączeniu dwóch miast rozwijających się przy brzegu Dunaju – zachodniej Budy oraz wschodniego Pesztu. Są one niejako swoimi przeciwieństwami – Buda to pagórkowaty teren z dużą ilością parków i lasów, Peszt to obszar nizinny, skupiający centrum miasta.
W tym wpisie skupię się na wschodnim brzegu Dunaju, czyli Budzie, a dokładniej rzecz ujmując – na Wzgórzu Zamkowym.


Zamek Królewski (Budavári Palota). Od razu rzuca się w oczy dumnie i majestatycznie wznoszący się nad Dunajem dawny Zamek Królewski. Na  zboczach wzgórza mnożna dostrzec pozostałości po murach obronnych Budy. Dziś cały kompleks zabudowań królewskich, podobnie jak i całe Wzgórze Zamkowe, znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. W pałacu obecnie mieszą się: Galeria Narodowa, Muzeum Historii Budapesztu, Biblioteka Narodowa oraz Muzeum Sztuki Współczesnej. Jest zatem w czym wybierać.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...