11 maja 2014

Rower ze sobą weź, czyli o szukaniu dzikiej plaży pośród drzew

Majówka, majówka, i już po majówce. Aż mnie serce bolało, gdy patrzyłam na majówkowe plany znajomych. Niestety ja musiałam zostać w domu, a moją główną atrakcją stały się sterty książek i niezliczona ilość informacji do przyswojenie w związku ze zbliżającą się maturą. Nareszcie mogę już powiedzieć „Ufffff”. Łatwo nie było, ale to już za mną. Teraz priorytetem staje się… wyjazd do Barcelony! Tak swoją drogą, macie może jakieś rady dotyczące tego miasta? 



Choć pogoda sprzyja mniej lub bardziej, to już najwyższa pora, aby wyciągnąć dwa kółka i trochę pojeździć! Żeby zachęcić i Was, i siebie samą, małe przypomnienie z jednej z rowerowych wpraw. 
Ahhh… aż mi się zatęskniło za naszym Bałtykiem! 


Wylegiwanie się na plaży i grzanie w słońcu szybko mnie nudzi, wolę aktywnie spędzać czas, tym bardziej, że zwroty "gotowanaaa kukurydzaaa, popcooooorn!" po godzinie zaczynają mnie po prostu okropnie denerwować. Dlatego też nie wyobrażam sobie wyjazdu na wczasy nad morze i siedzenia tylko na plaży. Zawsze szukam innych rozwiązań. Tym razem znowu padło na ROWER.  



Jednym z bardziej przyjaznych rowerzystom, nadmorskich miast jest Kołobrzeg. Stwarza on bardzo duże możliwości, gdyż posiada wiele ścieżek rowerowych. Począwszy od tych w centrum, poprzez ścieżkę wzdłuż promenady, kończąc na bałtyckim szlaku rowerowym i ścieżce do Ustronia Morskiego. Ta ostatnia powstała stosunkowo niedawno. Nie dość zatem, że jest w bardzo dobrym stanie to jeszcze gwarantuje nam niezapomniane walory krajobrazowe. Niesamowite to uczucie jechać lasem i w prześwicie drzew wiedzieć nasz Bałtyk, cały czas słysząc szum jego fal…

23 kwietnia 2014

Tam, gdzie wracać zawsze będę, czyli moja opowieść o Taize

Podczas tegorocznych Świąt Wielkanocnych coś mnie tknęło i włączyłam płytę z pieśniami z Taize. A co za tym idzie, zaczęłam wracać wspomnieniami do tego miejsca i chwil, które tam spędziłam zeszłego lata…


Pierwszy raz do francuskiej wioski Taize zawitałam prawie dwa lata temu. Wtedy byłam nieco przestraszona, pełna obaw odnośnie sposobu organizacji i funkcjonowania wspólnoty i tego, czy będę w stanie przystosować się do tamtejszych realiów. Jednak spędzając tam zaledwie tydzień, już po pierwszym dniu się tam zadomowiłam. I faktycznie, wioska ma w sobie coś takiego, że jak raz się tam pojedzie, to przybywa się do tego miejsca ponownie. Na mnie też zadziałała ta magiczna siła przyciągania i wyjazd do Taize stał się oczywistym w moich zeszłorocznych wakacyjnych planach.


Za drugim razem dzień przybycia do wioski i przyjęcie nie było dla mnie już tak stresujące jak za pierwszym razem, kiedy wszystko było takie obce. Przywykłam już do widoku setek walizek i bagaży umieszczonych pod namiotem R i w jego okolicach. „Po znajomości” udało nam się otrzymać zakwaterowanie w „międzynarodowym” pokoju. Mieszkałyśmy bowiem z dwoma Holenderkami, Francuzką i Niemką. Z dwoma ostatnimi utrzymywałyśmy bardzo przyjazne relacje, a Holenderki raczej nie były zainteresowane konwersacją.  




19 kwietnia 2014

Wielkanoc już tuż tuż, czyli Wesołych Świąt!


Zbliżają się Święta Wielkiej Nocy i z tej okazji chciałabym życzyć wszystkim Czytelnikom:

smacznego jajka
kolorowych pisanek
suto zastawionego stołu
pysznego żurku
dobrze wypieczonej babki
słodkiego mazurka
milej rodzinnej atmosfery
mokrego dyngusa
radosnego nastroju
pogody ducha
czterolistnej koniczynki
dużo wiary, nadziei i miłości


Wesołego Alleluja!


14 kwietnia 2014

Zielony Paryż, czyli wizyta w Ogrodzie Luksemburskim

Ogród Luksemburski (Le Jardin du Luxembourg) położony jest na lewym brzegu Sekwany, niedaleko Panteonu i Sorbony. To jeden z największych parków w Paryżu. Pamiętam, że my dotarłyśmy tam właśnie spacerując wzdłuż uliczki (Rue Soufflot) prowadzącej od Panteonu wprost do bram Ogrodu. 



Monika wyczytała gdzieś, że w okolicy Ogrodu sprzedają najlepsze creps w całym Paryżu. Wiedziałyśmy więc, gdzie się udać. Jednak ja jak to ja, zamieniłam tę uroczą chwilę w koszmar. A dlaczego? Otóż nie przeczuwając niczego nadzwyczajnego, zamówiłam sobie naleśnika z dżemem… pomarańczowym! I tak oto, zamiast delektować się smakiem crep’a, ja borykałam się z niesmacznym dżemem. Ojj, nigdy więcej!
 Na całe szczęście nie mam fotografii upamiętniającej tą przekąskę. :)


Na szczęście wizyta w Ogrodzie Luksemburskim szybko wyleczyła mnie z niesmaku. Szerokie aleje otoczone rzędem drzew, dużo zieleni i kwiatów, spokój. Gdy zobaczyłyśmy beztroskich Paryżan wylegujących się na trawce, nie mogłyśmy się oprzeć pokusie dołączenia do ich grona. Wyciągnęłyśmy więc jakieś chustki i raz dwa już leżałyśmy na zielonym dywanie. I tak całkiem miło i sympatycznie relaksowałyśmy się po przedpołudniowym zwiedzaniu Muzeum Pompidou.


Właśnie za to kocham Paryż! Jest tam tak wiele miejsc i parków gdzie można sobie przyjść ze znajomymi, usiąść i spożyć lunch lub po prostu porozmawiać... 


Ogród Luksemburski oczarował mnie od pierwszej chwili, kiedy przeszłam przez jego bramy. Najbardziej podobało mi się otoczenie Pałacu Luksemburskiego, w którym obecnie mieści się siedziba Senatu. Sam Ogród powstał w latach 30. XVII w. na życzenie Marii Medycejskiej (żony Henryka IV).  Pałac został zaprojektowany w typowym francuskim stylu, którego zresztą jestem wielbicielką. 


9 kwietnia 2014

Czekając na kolory lata, czyli o kwiatach w dziadkowym ogródku

Formalnie wiosna rozpoczęła się kilka tygodni temu, a nieformalnie trwa… od jesieni. W powietrzu czuć już ciepłe podmuchy wiatru, dnie są coraz dłuższe, a okoliczne parki i skwerki stają się zielone. Ostatnio jednak będąc pochłoniętą tematem matury, studiów i oczywiście planowaniem wakacji, rzadko bywam na dziadkowej działce, która (co wiem ze słyszenia) obfituje w zieleń. Jednak w ramach rekompensaty otwieram czasami folder ze zdjęciami zatytułowany „Działka” i oglądam zdjęcia jakie zrobiłam zeszłej wiosny i minionego lata. O tak, jak dobrze, że świat za niedługo znowu stanie się tak kolorowy i różnobarwny jak kwiaty u dziadka na działce.



1 kwietnia 2014

Trzydniowiański, Kończysty, Starorobociański, czyli wierchowy zawrót głowy

Otoczenie Doliny Chochołowskiej jak dotąd było tą częścią Tatr, którą rzadko odwiedzaliśmy. Chcąc zatem poznać to, co jeszcze nam nieznane decydujemy się na Starorobociański Wierch.  


Cel: Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.)
Szlaki: zielony - czerwony

Z samego rana opuściliśmy schronisko na Polanie Chochołowskiej i udaliśmy się na szlak. Chwilkę szliśmy zielonym, by zaraz odbić w prawo na szlak czerwony będący jednocześnie szlakiem papieskim. Po około 30-40 minutach szlak papieski odchodzi w lewo. Do tego momentu droga nie jest trudna, nie ma zbyt wielu podejść – zaledwie kilka łagodnych. W międzyczasie przechodzimy przez Wyżnią Polanę Jarząbczą skąd rozpościera się przed nami widok na Łopatę.


Niedługo po rozłączeniu szlaków, nasza ścieżka zaczyna wzbijać się coraz bardziej w górę. Po wyjściu z lasu, idąc już otwartym terenem nachylenie terenu zwiększa się, a przed samym Trzydniowiańskim Wierchem (1758 m n.p.m.) podejście robi się dosyć strome. Po niecałych 2h dotarliśmy już na szczyt. Była godzina 9. Miły i słoneczny poranek. Cisza i spokój. Oraz ta niesamowita czystość i nieskazitelność gór o tej porze dnia.





Nie zastanawiając się dłużej, ruszamy dalej szlakiem zielonym w kierunku Kończystego Wierchu. Ledwie zrobiliśmy kilka kroków, wiatr zaczął gwizdać nam do uszu. Im byliśmy wyżej, tym bardziej wiało. W pewnym momencie zbocze góry zdawało się płynąć – wiatr podwiewał sypkie kłęby śniegu, które sunęły po powierzchni. Naprawdę fascynujący widok!


 Z każdym krokiem odsłaniała się nam szersza panorama Tatr. Po lewej stronie, w oddali widać było szczyty Tatr Wysokich, a przed nimi wierzchołki Tatr Zachodnich. Po prawej stronie, już od początku drogi na Kończysty Wierch towarzyszył nam widok na Wołowiec oraz Rakoń (na które wdrapaliśmy się dzień wcześniej).



24 marca 2014

Parę rzeczy na plecy, czyli o zawartości mojego plecaka

Pisałam już sporo o dniach spędzonych na górskim szlaku, o tym co widziałam, jak oceniam szlak, jakie były warunki atmosferyczne. Dzisiaj podejdę do tematu od innej – organizacyjnej – strony. A dokładniej rzecz biorąc – spakuję mój plecak. J



Kiedy jesteśmy w górach nieodłącznym elementem naszej wycieczki staje się tobołek niesiony na plecach, zwany plecakiem. Jedni wchodzą z prawie pustym, inni z wypchanym po brzegi, a są też i tacy, którzy w ogóle plecaka nie zabierają. Jeżeli wybieramy się na spacer wzdłuż Doliny Kościeliskiej zabranie plecaka może i nie jest  konieczne, ale idąc już w wyższe partie gór należy go mieć ze sobą. A co powinniśmy do niego spakować? Oto kilka rzeczy, które ja zawsze zabieram ze sobą.


1.       Przede wszystkim coś do picia – zalecam termos z herbatą z cytryną (nawet latem, w ciepłe dni!) lub wodę mineralną czy sok. Napój warto mieć gdzieś pod ręką i w miarę regularnie trzeba uzupełniać płyny. Nasz organizm traci dużo wody podczas wędrówki i niekoniecznie domaga się o jej niezwłoczne uzupełnienie. Sami więc musimy o to zadbać.


2.       Oprócz picia musimy mieć także i jedzenie. Tutaj każdy ma swoje pole do popisu, bowiem bierze się to, co się lubi. Ja zawsze mam kanapki (do których czasem przegryzę kabanosa), banana, czasami coś słodkiego w postaci batonika czy drożdżówki, suszone owoce (np. morele) lub mieszankę studencką (zostałam nią kiedyś poczęstowana na szlaku i od tamtego czasu często mam ją w plecaku). Bez gorzkiej czekolady raczej się nigdzie nie ruszę (czasem jedna kostka ma mnie zbawienny wpływ i dodaje energii!), często też mam ze sobą krówki, które zjadam w nagrodę za wejście na szczyt. Ot tak, dla przyjemności i wynagrodzenia włożonego wysiłku.  


3.       Kwestia odzieży. Nie zależnie od tego jaka jest pora roku i pogoda, czy jest słonecznie czy pochmurno, zawsze biorę ze sobą kurtkę przeciwdeszczową z kapturem, polar lub cieplejszą bluzę. Trzeba pamiętać o tym, że pogoda w górach lubi płatać figle. Im dłużą wycieczkę planujemy tym bardziej jesteśmy narażeni na jej kaprysy. Na górze może też dosyć mocno wiać i wtedy odpowiednia kurtka staje się niezbędna. Poza tym warto uwzględnić, że na górze jest o kilka stopni niższa temperatura. Ja zawsze zabieram też rękawiczki i czapkę (nawet w lato!). Rękawiczki mogą się przydać nie tylko takim zimnorękim jak ja, ale też na tych fragmentach trasy, gdzie są łańcuchy (w tym wypadku mogą to być rękawiczki bez palców).


4.       Latarka. Doświadczenie nauczyło mnie, że nawet jeśli planujemy wrócić przed zmierzchem do miejsca zakwaterowania to i tak trzeba zabrać ze sobą latarkę/czołówkę. Po pierwsze – różne rzeczy mogą się stać na trasie i nieoczekiwanie nasza wędrówka wydłuży się. Po drugie – oszacowany przez nas czas przejścia trasy może w rzeczywistości okazać się dłuższy. Po trzecie – będziemy mieli ochotę sami przedłużyć wędrówkę, a po co skazywać się na niepotrzebny stres powrotem bez światła, w ciemności? Ekrany telefonów komórkowych wcale nie są najlepszym źródłem światła, wierzcie mi. Kiedyś nas zastał zmrok w górach, nie mieliśmy latarki, ale na szczęście natrafiliśmy na turystów, którzy ją mieli. Dołączyliśmy więc do nich ciesząc się, że „jesteśmy uratowani”. Od tamtego czasu nie wyciągam czołówki z plecaka. Takie małe światełko, a jak cieszy i potrafi ułatwić życie, a przede wszystkim czyni nasze zejście bezpieczniejszym.


5.       Telefon komórkowy – też trzeba go mieć. Najlepiej z wklepanym numerem TOPRu. I najlepiej gdzieś pod ręką, a nie na dnie plecaka, tak aby w razie potrzeby można było łatwo go znaleźć i bezzwłocznie wezwać pomoc.


6.       Aparat. Ja jestem z tych, których określa się mianem „chińskiej wycieczki”. Pstrykam dużo zdjęć, chcę uwiecznić każdą chwilę i każdy moment. Czasami warunki w górach zmieniają się tak szybko, że zanim zdążę wyciągnąć aparat, mgła przykryje obiekt mojej fascynacji. Dlatego zawsze aparat też mam na wierzchu lub w futerale przewieszony przez ramię.


12 marca 2014

A gdy ciemność nastaje, czyli wieczorny spacer po Budapeszcie

Budapeszt - kiedy jechałam do tego miasta nie nastawiałam się na jakieś szczególne piękno i zachwyt. Owszem, widziałam wcześniej zdjęcia Parlamentu i nie powiem, robiły one na mnie wrażenie, ale podchodziłam do sprawy z dystansem. Nadarzyła się okazja – bilety w bardzo przystępnej cenie i namowy przyjaciółki. I tak oto wylądowałam w Budapeszcie. 


Zanim jednak samolot dotknął węgierskiej ziemi, miałam okazję spełnić moje małe marzenie – lot nad Tatrami. Nie spodziewałam się, że samolot obierze właśnie taki kurs, a więc wpatrując się w okienko spotkała mnie miła niespodzianka. Zdołałam rozpoznać kilka szczytów, między innymi nasz symboliczny Giewont. 



Zniżając tor lotu nasz samolot zagłębił się w gęste białe chmury, które po krótkim czasie ustąpiły a przed nami rozpostarł się niesamowity widok na Budapeszt. Wyspa Małgorzaty oraz promienie wychodzącego zza chmur słońca prezentowały się wyśmienicie!


Z lotniska przedostałyśmy się autokarem do miasta, a następnie metrem do centrum. Zaraz po wyjściu z metra na Plac Oktogon, na pierwszy rzut oka, Budapeszt wydał mi się bardzo sympatycznym miastem. W pozytywnym zachwycie utrzymał mnie wieczorny obrazek ulicy Andrassy’ego łącznie z dostojnym gmachem Opery oraz spontaniczny spacer (bardziej przypominał powolne przebieranie nogami) po ‘fashion street’, na której panowała bardzo przyjemna atmosfera. Nie martwiąc się o to, gdzie idziemy, zdałyśmy się na nasz instynkt i dałyśmy się uwieść przez wąskie uliczki, które doprowadziły nas nad Dunaj. Z Mostu Elżbiety rozpościerał się niecodzienny na Wzgórze Zamkowe, Cytadelę, Most Łańcuchowy ...


Najpiękniejszy widok maluje się jednak ze Wzgórza Gellerta, spod Cytadeli. Stamtąd Budapeszt rozświetlony tysiącami żółtych lampek wygląda naprawdę obłędnie. Warto wybrać się tam późniejszym popołudniem, kiedy jest jeszcze jasno i na górze poczekać na zachód słońca, a potem na zapadnięcie zmroku. Tak, to był jeden z tych momentów kiedy miałam ochotę usiąść i patrzeć przed siebie. Gdzieś tam w dole ludzie spieszą się, samochody pędzą, a my spokojnie z góry obserwujemy codzienne życie miasta.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...