26 sierpnia 2014

CCCB, czyli o co w tym właściwie chodzi?

W Barcelonie niestety nie ma takich luksusów jak w Paryżu, czytaj: bezpłatnych wejść do muzeów dla uczniów i studentów z Unii Europejskiej, co czyni Barcę całkiem nietanim przedsięwzięciem. Jednak zawsze znajdą się jakieś sposoby, aby zaoszczędzić trochę groszy. Albo raczej centów. No dobra, euraków. Większość muzeów przynajmniej raz w miesiącu, a niektóre raz w tygodniu, pozwalają na darmowe zwiedzanie obiektu. Najczęściej jest to pierwsza lub ostatnia niedziela miesiąca. Miałyśmy to szczęście, że w te obydwie niedziele gościłyśmy w Barcelonie, więc udało nam się zaglądnąć tu i ówdzie bez uiszczania opłat. Mogłyśmy sobie za to kupić jakiś porządniejszy obiad. :D



Centre de Cultura Contemporània de Barcelona, czyli Centrum Kultury Współczesnej w Barcelonie kusiło nas już od początku i bynajmniej nie tylko faktem darmowego wstępu. Ciekawe byłyśmy, co tam zobaczymy. Będąc już wewnątrz centrum zdziwiło nas to, że nie było tam kilometrowej kolejki do wejścia. Hmm. Czerwona lampka się zaświeciła, że coś jest nie tak. Kilka godzin wcześniej byłyśmy w Muzeum Picassa i przyszło nam odstać jakieś pół godziny w kolejce. Tym razem wchodzimy od ręki? Wciąż zdziwione krótko podsumowujemy sytuację: albo tu jest beznadziejnie i nie warto sobie głowy zawracać zwiedzaniem, albo wręcz przeciwnie – jest znakomicie, a ludzie tego nie odkryli. Obydwie chyba bardziej skłaniamy się ku wersji pierwszej, ale nie dajemy tak łatwo za wygraną i wchodzimy do środka. Pierwsza wystawa nosi tytuł „Metamorphosis”. Wciąż nie wiedząc czego się spodziewać, przechodzimy przez próg sali wystawowej.


Wystawa ta prezentuje dzieła czterech wybitnych (ponoć są wybitni, choć dotąd zupełnie mi nie znani) twórców filmów animowanych (ale nie tych z rodzaju Shreka czy Królewny Śnieżki).  Przytoczę tutaj ich nazwiska, może ktoś się bardziej orientuje w temacie i coś mu to powie, bo mi nadal niewiele mówi. A więc, Ladislas Starewitch (Polak urodzony w Rosji), Jan Švankmajer oraz bracia Quay. Na głównej stronie internetowej centrum, widnieje taka oto informacja o tejże wystawie: „Trzy unikalne filmografie, które mają wiele wspólnego: ekscentryczny wszechświat snu gdzie współistnieją niewinność, okrucieństwo, pożądliwość, magia i szaleństwo. Niepokojący, poetycki, przejrzysty i czasami groteskowy, czasami fantasmagoryczny krajobraz z ludzi, którzy kochają bezproduktywność i bezcelowość.” Brzmi niezrozumiale, jak pomieszane z poplątanym i … takie właśnie jest. Pomieszanie bajki z opowieścią grozy. Zdaje się, że ludzie na poziomie określają to mianem niekonwencjonalności. Osobiście nie bardzo wiedziałam, o co tak naprawdę chodziło w tych ich krótkometrażowych filmach animowanych. Obejrzałyśmy ich kilka (w centrum jest kilkanaście ekranów, gdzie można oglądać dzieła wcześniej wymienionych panów), nasze reakcje były różne – od śmiechu, poprzez niesmak, do zaskoczenia i zdumienia.


20 sierpnia 2014

Przejażdżka życia, czyli melexem nad Morskie Oko!

Niedawno temu dużym, medialnym wydarzeniem były kolejne upadki koni w drodze z Palenicy Białczańskiej nad Morskie Oko, co skłoniło władze TPN-u do prób wprowadzenia nowego rozwiązania. Od wczoraj na tej trasie testowane są melexy. Jak powszechnie wiadomo temat koni - bardzo kontrowersyjny. Od zawsze toczyły się spory między ekologami a góralami. Osobiście uważam, że wina do końca nie stoi ani po stronie górali, ani po stronie turystów. Jak gdzieś kiedyś przeczytałam – popyt napędza podaż. Myślę, że tak może być i w tym przypadku.


Nie jestem miłośniczką zwierząt, konie jako konie mnie nie fascynują, jednak patrząc na załadowane ludźmi bryczki pędzące do Włosienicy, to żal mi się trochę zwierzaków robi. Ja się męczę idąc pod górkę, a co dopiero koń ciągnący ze sobą ciężar w postaci kilku rozleniwionych turystów, pokonując różnicę wzniesień wynoszącą ponad 300 m.  Tak, tak do tego własnie są te konie przystosowane, specjalnie hodowane w tym celu, zadbane i karmione, wszyscy o tym wiemy. Mimo wszystko jednak uważam, że dwanaście sadełek + góral + wóz + 300 m w górę = zbyt dużo. Proste działanie matematyczne. Chociaż jak uwzględnić fakt, że konie w przeszłości służyły na wojnach, czy pomagały rolnikom na polach, to wszystko już nie jest takie oczywiste. 


Nad Morskim bywam stosunkowo dosyć często i chociaż szczerze nie lubię tego 9-kilometrowego asfaltu, to jednak nie korzystam z transportu konnego. No dobra, raz nam się zdarzyło, kiedy byłyśmy z mamą przemoczone i zmęczone, a było już późne popołudnie, to w drodze powrotnej zdecydowałyśmy się na zjazd bryczką z Włosienicy. Oprócz nas była jeszcze para – w sumie cztery osoby. Nie dwanaście. Nie pod górę.

13 sierpnia 2014

Spacer w Vall D’Incles, czyli witajcie Pireneje!

Andora - malutkie państwo położone pomiędzy Francją a Hiszpanią, ulokowane w samym sercu Pirenejów. To chyba właśnie ten ostatni czynnik oraz bliska odległość tego kraju do Barcelony spowodowały, że bez chwili wahania pojechałyśmy tam, by spędzić kilka dni w górskim klimacie.


De facto, tylko jeden raz wybrałyśmy się w głąb gór. Naszym celem stała się dolina – Vall d’Incles. Polecił nam ją nasz andorski host i miał stuprocentową rację mówiąc, że to naprawdę piękne miejsce.


Z centrum Andorry La Velli autobusem (nie pamiętam dokładnie jaka linia, jednak w informacji turystycznej można zasięgnąć szczegółowych informacji) łatwo dojechać do wylotu Vall d’Incles, wystarczy poprosić kierowcę o zatrzymanie się na odpowiednim przystanku. Koszt takiej przejażdżki to 3,30 Euro. Ze względu na niskobudżetowość naszej wycieczki, a także na chęć nowych wrażeń, w drodze powrotnej do stolicy postanowiłyśmy stopować. Nie było większych problemów ze złapaniem stopa, nawet w najbardziej nieodpowiednich miejscach. :)



Vall d’Incles jest najszerszą polodowcową doliną w Andorze. Ponoć od wiosny do jesieni można tam podziwiać różne wyjątkowe rośliny, w tym także białe narcyzy będące narodowym symbolem Andory, jednak nas ominęła ta przyjemność. Asfaltowa, czterokilometrowa droga prowadząca wzdłuż rzeczki Incles doprowadza nas do końca doliny i podstawy otaczających jej gór. Tam też znajduje się schronisko oraz rozgałęzienie szlaków: na przełęcz Fontargent oraz do jezior Cabana Sorda, Isla Juclar i Siscaró.


7 sierpnia 2014

Zakopane odkopane, czyli lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska

Dawno już na blogu nie pojawiła się żadna nowa propozycja książkowa. Wracając zatem do korzeni powstania bloga i jego nazwy oraz biorąc pod uwagę fakt, że w końcu mam wystarczająco dużo czasu na czytanie, podzielę się z Wami moją opinią o książce „Zakopane odkopane”.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tą książkę na sklepowej półce przeszłam obok niej zupełnie obojętnie, tym bardziej, że autorkami są dziennikarki radiowe Paulina Młynarska i Beata Sabała-Zielińska. Osobiście nie przepadam za książkami pisanymi przez celebrytów, tak na przykład Kasi Cichopek, Krzysztofa Ibisza czy Moniki Richardson, którzy nagle poczuli cudowne powołanie lub znaleźli inspirację do napisania książki. Takiemu czemuś mówię stanowcze nie. Po prostu. Podobnie postąpiłam i w tym przypadku. Jednak po roku ponownie zobaczyłam tę książkę na dziale podróżniczym, a że akuratnie miałam trochę czasu czekając w galerii, czysta ciekawość i tematyka książki skłoniły mnie do jej otwarcia. I tak zdanie za zdaniem zaczęłam czytać. No dobra, przyznaję, że podtytuł „lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska” też zrobił swoje i wzbudził ciekawość. Podobnie pozytywne opinie umieszczone z tyłu, na okładce. Jednak wciąż zachowywałam zdrowy dystans do książki. Ku memu zdziwieniu opowieści autorek bardzo szybko mnie wciągnęły. Na tyle, że książka zawitała do mojej domowej biblioteczki.


Jak zapewne już wszystkim wiadomo, jestem Tatro- i Zakopano-maniaczką, uwielbiam tamte tereny i podhalańską kulturę. I pewnie dlatego książka bardzo mi się podobała. Tym bardziej, że Zakopane w niej nie jest polane lukrem, a wręcz przeciwnie, pojawiają się słowa krytyki oraz skontrastowanie rzeczywistości widzianej z perspektywy turystów – ceprów oraz rodowitych górali. Paulina Młynarska to ceperka, która przeprowadziła się kilkanaście lat temu na Podhale, natomiast Beata Sabała-Zielińska to z urodzenia góralka. Autorki starają się odkopać naszą zimową stolicę ukazując Zakopane w zupełnie innym świetle, opowiadają o jego przeszłości, o tym, jak narodziła się turystyka w Tatrach, o góralskich konfliktach, mówią o początkach stylu zakopiańskiego, opisują dokładnie jego funkcjonalność, wspominają Witkacego czy Chałubińskiego opowiadając ich historie i związek z Zakopanem. Piszą o tym, jak wielki wpływ na góralską tradycję ma turystyka oraz jak skutecznie zabija ona oryginalność góralskich wyrobów. W książce dowiemy się prawdy o produktach sprzedawanych na straganach pod Gubałówką, czy o pobożności górali i znaczeniu kościoła na Górce. Muzyka, taniec, kuchnia i moda góralska – tych zagadnień także tam nie brakuje. Jeśli zastanawia Was, dlaczego widoczny na okładce zakopiański miś jest biały, a nie brunatny, to odpowiedź znajdziecie także na kartach książki.  Autorki bez skrupułów piszą nawet o … góralskim podrywie czy agencjach towarzyskich działających na terenie miasta. To chyba właśnie te „lekko gorszące opowieści”. Jednak bądź co bądź są jakąś tam częścią atmosfery Zakopanego.

25 lipca 2014

Symbol naszych Tatr, czyli jego waszmość Giewont

Pana G. wznoszącego się na wysokość 1894 m n.p.m., górującego nad Zakopanem króla Tatr chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. To z pewnością jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w naszym kraju. I, jeśli chodzi o Zakopane i nasze Tatry, to niezwykle wszędobylski. Widać go z Zakopiańskich (i nie tylko) ulic  (w tym także z Krupówek). Prawie z każdego kościeliskiego okna, praktycznie z większości polskich, tatrzańskich szczytów. Owiany wieloma legendami. To  bardzo symboliczna dla nas, Polaków góra. W 1901 r. górale uhonorowali ją i  postawili na niej 15-metrowy, stalowy krzyż.


Nazwa góry nie ma jednoznacznej genealogii. Prawdopodobnie pochodzi od nazwiska Giewont – do dzisiaj istnieje bowiem ród o takim właśnie nazwisku. Jednak to tylko jedna z hipotez.


Cały Giewont składa się z trzech wzniesień: Małego (1728 m), Długiego (1867 m) oraz Wielkiego Giewontu (1894 m). Ten ostatni to właśnie dobrze nam znany wierzchołek, na którym wznosi się 15-metrowy krzyż (a tak właściwie to 17,5-metrowy, ale 2,5 m jest wbite w skałę) . Charakterystyczna grań Długiego Giewontu (o długości ok. 1,3 km) oddzielona jest od Wielkiego przez głębokie wcięcie zwane Szczerbą. Z kolei Mały od Dużego oddziela Giewoncka Przełęcz.


Większość z nas zna sylwetkę Giewontu widoczną od strony północnej. Na mnie, ta pionowa ściana wznosząca się około 600 m ponad dnem doliny naprawdę robi duże wrażenie. Jest imponująca. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zdobyć szczyt wspinając się tą ścianą. J Ze strony południowej natomiast Giewont nie wygląda już tak groźnie. Tam jego grzbiet w miarę łagodnie opada do Kondrackiej Przełęczy. Warto wiedzieć, że Giewont to najwyższy szczyt Tatr Zachodnich położony w całości w Polsce.

Giewont widziany z kolejki na Kasprowy

20 lipca 2014

Długo w podróży, czyli o ciemniejszych zakamarkach podróżowania

Ponad półtorej miesiąca (a właściwie to prawie dwa) - tyle spędziłam ostatnio podróżując, a raczej tułając się po świecie. Barcelona, Andora, Warszawa, Gdańsk, Toruń, Tarnów, Rzeszów, Zakopane, Tatry, Łeba, Kraków, Karkonosze. Morze, góry, duże miasta, miasteczka. Polska i zagranica. Pociągiem, autobusem, stopem, samochodem, samolotem, statkiem, motorówką, na nogach, kolejką. Zgodnie z planem i spontanicznie. W dobrym i gorszym nastroju. W słońce i w deszcz. Z walizką, plecakiem, torbą. Tak szybko zleciała niecała połowa wakacji. Dzień po ostatnim egzaminie maturalnym poleciałam do Barcelony. Od tamtej pory w domu byłam kilka razy, jednak bardziej w charakterze gościa, niż domownika. Dwudniowy pobyt w domu był dla mnie po prostu kolejnym etapem w podróży. Dopiero teraz osiądę tutaj na dłuższą chwilę. Bo właśnie odczuwam taką potrzebę pobycia chwilę w domu. Uporządkowania pewnych spraw, odpoczęcia, słodkiego nicnierobienia.


Już drugi raz spędzam wakacje w ten sposób. Rok temu przez dwa miesiące też praktycznie non stop byłam poza domem. Bywałam w nim tylko na jeden dzień, aby zamienić walizkę na plecak, wymienić ciuchy i choć na godzinkę lub dwie spotkać z przyjaciółmi. Następnego dnia przygoda rozpoczynała się na nowo. Rzeszów-Kołobrzeg-Paryż-Trójmiasto-Taize-Tatry-Dolomity. Teraz było podobnie, choć niektóre destynacje uległy zmianie. Jak już się wpadnie w wir podróżowania, to ciężko z niego wypaść. Ale czy aby na pewno? Nie zawsze przecież jest kolorowo. Jednak jedna podróż nakręca kolejną. Skoro jestem już tutaj, to może jeszcze podjadę tam, bo akuratnie mi po drodze albo grzechem byłoby nie zobaczyć jeszcze tego miejsca albo skoro już jestem tu i tu, to od razu pojadę tam i tam. I tak znajdują się kolejne preteksty, aż do momentu, w którym trzeba powiedzieć STOP. Dla mnie chyba właśnie nadszedł taki moment. I bynajmniej nie chodzi tutaj o wyczerpujące się pokłady zasobów finansowych – moja studnia z groszówkami ma bowiem dno. Jednak pominę tutaj kwestię pieniędzy.  


Takie ciągłe podróżowanie, zmiana miejsca pobytu co kilka dni ma swoje dobre i złe strony. Mało jeszcze wiem na ten temat, bo cóż znaczy moje półtorej miesiąca spędzone w podróży (i to jakby nie było z chwilowym pobytem w domu) wobec kilku miesięcy czy lat spędzanych na podróżach przez innych. Jednak jakiś tam pogląd na tę sytuację już mam i jestem w stanie zbliżyć się w wyobraźni do tego, jakie to niesie za sobą konsekwencje. Oprócz oczywistych plusów jakimi są poznawanie obcych kultur, odkrywanie nowych miejsc lub powroty w te ulubione czy sentymentalne, nawiązywanie kontaktów z innymi ludźmi, zdobywanie wiedzy o świecie, poznawanie siebie samego i swoich możliwości, i tak dalej, i tak dalej (o tym rozpiszę się innym razem), pojawiają się także pewne minusy.

11 lipca 2014

Piłka jest okrągła, a bramki są dwie, czyli Camp Nou w Barcelonie

Przez ostatnie tygodnie, niemalże w każdym domu czy lokalu stale pojawia się ten sam obrazek, a mianowicie… włączony telewizor, piwko piweczko i jeden meczyk, drugi meczyk, trzeci meczyk. Tak tak, oczywiście mowa o mundialu.


Fanką piłki nożnej oczywiście nie jestem (choć wiem co to spalony! a przynajmniej tak mi się wydaje... :D ) tak więc meczu żadnego także nie oglądałam (choć nie pogardziłabym powtórką zmagań Niemców z Brazylijczykami, a raczej odwrotnie – Brazylijczyków z Niemcami).  O piłce mogę powiedzieć tylko tyle, że… Piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Albo my wygramy albo oni . lub też Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Hmmm, w sumie to się wszystko ostatnio trzyma kupy.  J


A skoro już ostatnio tyle się mówi o piłce, to pozostańmy w jej kręgu. Albo raczej zawęźmy nieco zakres tego sportu do klubów piłkarskich. A konkretniej jednego z nich. Futbol Club Barcelona. FCB. Pozdrowienia wszystkich kibiców i wielbicieli granatowo-bordowych. 


Hiszpania dosyć wcześnie pożegnała się z mistrzostwami, i całe szczęście, że zdążyłam odwiedzić ten kraj kilkanaście dni przed tym faktem, zanim Hiszpanie pogrążyli się w smutku i rozpaczy. 


 Będąc w Barcelonie grzechem byłoby nie podejść pod mury stadionu Barcy – Camp Nou. Stadion ten jest bowiem największym w Europie i drugim na świecie - na trybunach może pomieścić około 99 tys. osób. To miejsce rozgrywek meczów, ale odbywają się tu także koncerty (np.grali tutaj Michael Jackson, U2 czy Pink Floyd).



3 lipca 2014

Park Miniatur w Inwałdzie, czyli szukamy inspiracji na wakacje

Od kilku dni już oficjalnie mamy WAKACJE. Znaczy się...  kto ma, ten ma. Ja wyjątkowo w tym roku wakacje mam już od miesiąca, bo na maturze moje obowiązki szkolne się póki co skończyły. Inni nie mają takiego przynajmniej dwumiesięcznego luksusu i dalej zasuwają w pracy. Ale prędzej czy później przyjdzie chwila wytchnienia i upragniony URLOP. Przecież o to właśnie chodzi, czyż nie? J Jakoś trzeba spożytkować zarobione groszówki, a letnia aura sprzyja wyjazdom. Szukając inspiracji na wakacyjny wyjazd proponuję przegląd najpopularniejszych atrakcji w Polsce, Europie i świecie w tempie ekspresowym. Zawitajmy zatem do Parku Miniatur w Inwałdzie i zobaczmy świat w pigułce.


Inwałd – niewielka mieścina położona między Andrychowem a Wadowicami, do której bez problemu można dojechać autobusem czy oczywiście własnym samochodem, oferuje nam szereg atrakcji. SPA, Warownię i Park Średniowieczny, Park Dinozaurów, Park Miniatur. Dzisiaj zajmę się tym ostatnim.


Ponad 50 miniatur najbardziej charakterystycznych budowli (polskich, europejskich i światowych) wykonano w porównywalnych skalach (1:25; 1:15; 1:10) i umieszczono w jednym miejscu. I tak na przykład spod wieży Eiffla widzimy Statuę Wolności i Operę w Sydney. Takie rzeczy tylko w Inwałdzie. :D


Wycieczkę po Parku Miniatur rozpoczynamy od polskich zabytków. 
I tak na dzień dobry pojawia się nam Zamek w Łańcucie czy Rynek w Zamościu.








Byliście już w tych miejscach? Tak?
No to szukamy inspiracji dalej!  J

17 czerwca 2014

Cortina d'Ampezzo, czyli Dolomity zainteresowaniem elity

Cortina d'Ampezzo często bywa nazywana perłą Dolomitów, zimowy raj dla narciarzy, letni raj dla wspinaczy. Moja przygoda z tym uroczym włoskim miasteczkiem jest związana właśnie ze wspinaczką. Cortina była destynacją naszego obozu wspinaczkowego. To właśnie tam po raz pierwszy spałam na kempingu i marzłam nocami w namiocie, bo pogoda dopisała - deszcz, mgła, przeogromne zimno w środku sierpnia. No cóż, w górach jak to w górach, natura rządzi się swoimi prawami. :)


Cortina to świetna baza wypadowa dla narciarzy (bogactwo stoków i wyciągów narciarskich), dla wspinaczy (duża ilość dróg wspinaczkowych) czy górskich piechurów (szlaki turystyczne, via ferraty).


Do Cortiny przyjechaliśmy nocą i już od pierwszej chwili spodobał mi się tutejszy klimat i wygląd miasteczka. Domki są bardzo charakterystyczne, wszystkie w podobnym i właściwym dla tego regionu stylu architektonicznym. Pelargonie w oknach i na balustradach balkonów, drewniane okiennice, dekoracyjnie pokryte drewnem fragmenty domów kontrastujące z białym tynkiem.





10 czerwca 2014

Na Sokoliku, czyli o tym jak ukończyliśmy kurs wspinaczki

O tym, jak to się stało, że znalazłam się na kursie wspinaczki pisałam już wcześniej. Złe warunki atmosferyczne – zimno, mokro, mgliście – przyczyniły się do decyzji o przerwaniu kursu i dokończeniu go w innym terminie. I tym razem pogoda już dopisała. Było ciepło i słonecznie. Radość ze wspinania tym większa! A jak miło było znowu się spotkać (tym razem w większej grupie), porozmawiać i posłuchać ciekawych opowiadań i żartów instruktora… :)


Pamiętam, gdy byłam pierwszy raz w Rudawach, wchodziliśmy grzecznie schodkami na Sokolik, a tuż obok nas pewna grupka wspinała się na tenże wierzchołek. Patrzyłam na nich z podziwem myśląc sobie ohh jak fajnie byłoby kiedyś też tak się tutaj wspiąć… I nie ukrywam, że gdy przyszłam na kurs, po cichu liczyłam na to, że może będziemy się wspinać na Sokolik. No i… udało się! Ostatniego dnia kursu instruktor zabrał nas do stóp Sokolika Dużego, krótko opisał  naszą drogę i raz dwa byliśmy gotowi do wspinaczki. Marcin prowadził, ja uważnie się przyglądałam i szłam jako druga. W połowie drogi zmieniliśmy tę kolejność.  O ile dobrze pamiętam nasza droga nazywała się Czołg – czwórkowa dwuwyciągówka. Bardzo przyjemna i nieskomplikowana. Można? A można. Byłam przeszczęśliwa jak dotarłam na górę (co zresztą potwierdza moja uchachana twarz na zdjęciu). I nie dlatego, że pokonałam ciężką drogę, ale dlatego, że po prostu tam byłam.




3 czerwca 2014

Urodziny, urodziny, czyli stuknął nam drugi roczek!

Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od założenie bloga. Dwa lata, które wiele zmieniły, a minęły bardzo, oj bardzo szybko, ale jakże przyjemnie…! Wiele przygód, wiele miejsc, ludzi i niezapomnianych wrażeń. :)


Ostatnio jakoś nie jestem skora do podsumowań, choć kiedyś często podsumowywałam pewne okresy mego życia. Posumowania kojarzą mi się z czymś, co się kończy i czymś nowym, co zaczyna. Póki co, nie czuję, by coś się kończyło, coś zaczynało (w kwestii bloga oczywiście). Podaruję więc sobie, i tym razem nie będę podejmowała się podsumowania tych dwóch lat. Cieszę się jednak, że czytelników przybywa. Bo to WY jesteście siłą napędową i dzięki WAM mam dużo więcej motywacji do działania. Dziękuję Wam za odwiedzanie mojego bloga, za każdy pozostawiony komentarz, za każde miłe słowo. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. J 


A dzisiaj świętuję, jak przystało do tematyki bloga, w podróży ciesząc się chwilą i tym, że znów odkrywam i poznaję kolejne zakątki świata! I z każdą chwila przekonuję się coraz bardziej, że podróże to jest TO!


PS. Dla każdego kostka urodzinowej czekolady!  :) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...