14 lipca 2013

Street art, czyli na kołobrzeskim deptaku

Do Kołobrzegu przyjeżdżam średnio raz na 2-3 lata. Już ponad 5 lat temu zwróciłam uwagę na pewnego, jeszcze wtedy chłopca, dzisiaj już dorosłego chłopaka, który stał nieopodal latarni morskiej w Kołobrzegu i malował w niezwykły sposób...



Jego podstawowym narzędziem są farby w sprayu oraz różnorodne 'talerze', pokrywki, patelnie, itd, szpachla oraz gazety. Obrazy zaskakują prostotą i estetyką wykonania. Ich autor wykonuje je z niezwykłą łatwością, widać, że pomysłów mu nie brakuje. Dodatkowo - tworzy na oczach licznych widzów. Na większości obrazów powtarza się motyw wody (jeziora/morza) oraz planet/słońca/kul. Każde dzieło jest jednak inne, równie fascynujące.


Od momentu, w którym pierwszy raz zobaczyłam tego malarza, kiedy jestem w Kołobrzegu, zawsze go spotykam gdzieś na deptaku. Witam go uśmiechem i zatrzymuję się, by zobaczyć jak powstają kolejne obrazy. Tak też zrobiłam w tym roku.


4 lipca 2013

Jarmark Świętojański w Poznaniu, czyli jeszcze bardziej kolorowy Stary Rynek

Co roku, w drugiej połowie czerwca na Starym Rynku w Poznaniu odbywa się Jarmark Świętojański. Historia tego wydarzenia sięga XVII wieku. W tym roku odbyła się 38 edycja tegoż dwutygodniowego Jarmarku. Na Rynku rozstawiono także scenę, na której odbywał się szereg występów artystycznych.


Było również coś przyjemnego dla ucha – czytanie bajek przez sławne poznańskie osobistości, czy dla podniebienia – począwszy od tradycyjnych pajd ze smalcem i kiełbasek z grilla, kończąc na rogalach marcińskich.  Poza tym, dziesiątki straganów i straganików. Z pocztówkami i pamiątkami z Poznania, z biżuterią, z ręcznymi wyrobami, ubraniami, ceramiką, rzeźbami, lalkami, książkami, pluszakami, przyborami kuchennymi itd.…


Szybko i łatwo można się zagłębić między te drewniane budki. To, co najbardziej przykuło moją uwagę, to stoisko z ręcznie malowanymi kubkami, filiżankami, czajnikami, skrzynkami, notesikami. Te żywe kolory natychmiast przyciągnęły mój wzrok!

29 czerwca 2013

By wspiąć się jak najwyżej, czyli kolejny krok w stronę marzeń

Już od ponad roku marzył mi się kurs wspinaczkowy, generalnie marzyła mi się sama wspinaczka. W końcu przyszedł ten moment. Długi weekend majowy, wolne w szkole… idealny moment na kurs skałkowy! Bez chwili zastanowienia zabukowałam sobie miejsce na kursie. Jechałam na niego w sumie trochę w ciemno, bo nigdy wcześniej nie byłam nawet na ściance i nie miałam zielonego pojęcia o wspinaczce. Ale w końcu po to poszłam na kurs, aby się wszystkiego nauczyć i poznać tajniki tego sportu.

Kurs odbywał się w Górach Sokolich, więc niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Do schroniska przyjechałam rano, poznałam mojego trenera i współuczestników zajęć, każdy z nas dostał tzw. „sprzęt osobisty”, potem spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w teren. Zajęcia praktyczne zaczęliśmy od zjazdów. Kiedy instruktor zaprezentował nam, co będziemy robić, zrobiłam wielkie oczy i przeleciał po mnie dreszczyk strachu i przerażenia. I zwątpienia. Jednak teoria „najtrudniejszy pierwszy krok” jest jak najbardziej prawdziwa. I w tym przypadku ten pierwszy raz okazał się być dla mnie najtrudniejszą barierą do przełamania. A potem to już z górki… wisząc na linie zjeżdżałam w dół. I tak z każdą chwilą strach zaczął zamieniać się w niezłą frajdę. Oczywiście kolejne schody zaczęły się przy pierwszej prawdziwej wspinaczce. Mój pierwszy kontakt ze skałą był dla mnie chyba tak wielkim przeżyciem, że czułam się jakbym była w transie – bo teraz zupełnie nie pamiętam tego momentu!


24 czerwca 2013

Lampiony szczęścia, czyli kolorowe marzenia wypuszczone w górę

21 czerwca każdego roku obchodzimy pierwszy dzień lata (przesilenie letnie). Wtedy właśnie dzień jest najdłuższy, a noc najkrótsza. Jest to tak zwana Noc Świętojańska (tak, to właśnie wtedy zakwita kwiat paproci). W tym roku, już po raz czwarty, w Poznaniu obchodzono Noc Kupały, której najważniejszym punktem programu jest wypuszczenie lampionów w niebo. Próbowano także pobić rekord Guinnesa w ilości lampionów unoszących się nad ziemią. 


Noc Kupały to słowiańskie święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości, obchodzone w najdłuższy dzień roku. Tradycją było rozpalanie ognisk o zmroku i tańczenie wokół nich. Młode panny plotły wtedy wianki, które następnie rzucały do rzeki. Kawalerzy łowili je i odnajdywali wybrankę swego serca. Do tej tradycji w tym roku nawiązały także poznanianki – wiele dziewcząt plotło wianki, za które zresztą zostały nagrodzone przez prowadzącego. 


Tysiące poznaniaków, ale też i setki przyjezdnych z całego świata zebrało się w ten piątkowy wieczór nad Wartą, w okolicy mostu Chrobrego, aby wspólnie świętować i wypuścić wielobarwne ‘znicze’. Lampiony można było kupić w okolicy, za symboliczną opłatą  - 5zł. Według planu lampiony miały zostać wypuszczone ok. 22.00. Jednak już po godzinie 20.00 dało się zauważyć kilka światełek na niebie, a po 21 ludzie masowo zaczęli je wysyłać w powietrze, mimo iż nie było na to zezwolenia. Czy naprawdę tak ciężko było wytrzymać te kilkadziesiąt minut, aby wszyscy jednocześnie, po danym znaku puścili lampiony? Tym bardziej, że stanowiły one zagrożenie dla samolotów podchodzących do lądowania…  Jednak nie do wszystkich to dotarło. Trochę to przykre.


Wypuszczenie lampionu w powietrze to nie jest taka łatwa sprawa jak by się mogło wydawać. Wiele z nich wylądowało na ziemi, na trawie, w rzece... Trzeba było mieć naprawdę oczy dookoła głowy i bacznie patrzeć co się dzieje, bo palące się lampiony lecące na wysokości naszej głowy były dość powszechnym zjawiskiem.


Mimo wszystko jednak, widok tysięcy lampionów unoszących się nad ziemią i szybujących do nieba był naprawdę piękny i fascynujący. Zainspirowana kadrami z filmu animowanego „Zaplątani”, kiedy tylko dowiedziałam się o Nocy Kupały, niezwłocznie postanowiłam wziąć udział w tym wydarzeniu. Zobaczenie tych kolorowych światełek rozświetlających ciemne niebo było moim małym marzeniem. Tym bardziej cieszę się, że tam byłam i mogłam je spełnić. Ciekawa jestem, czy z każdym lampionem, który wzleciał tego wieczoru, poszybowały do nieba marzenia lub pragnienia osób, które go puszczały…

17 czerwca 2013

Wrocław, czyli polska stolica ciepła

Wrocław  jest polską stolicą ciepła, a wiosna zazwyczaj najszybciej przychodzi właśnie tam. W poszukiwaniu słońca, pogody i kolorów tęczy wracam do tego miasta. Do wielobarwnego Wrocławia …



Każdy dzień, a już szczególnie ten słoneczny i ciepły, jest doskonały na spacer po Wrocławiu.
Na początek proponuję Rynek. Z głównego dworca PKP czy PKS do centrum nie jest daleko, można więc od razu po przyjeździe udać się w stronę Rynku. Bo czyż te barwne, stare kamieniczki nie dodają koloru i uroku temu miejscu? Na Rynku można oczywiście dobrze zjeść, usiąść przy fontannie czy też poszukać krasnali… A no właśnie. Krasnale. Niejaki znak rozpoznawczy Wrocławia. Dokładnie nie wiadomo ile ich jest, bo wciąż ich liczba rośnie. Jeden dzień to chyba za mało na znalezienie ich wszystkich … :)

3 czerwca 2013

W urodzinowym nastroju, czyli zielone Czerwone Wierchy

Dzisiaj mija dokładnie rok od momentu kiedy napisałam pierwszego posta. Uległam pokusie i pewnego niedzielnego popołudnia założyłam bloga. Początkowo miała to być strona o podróżach oraz książkach, które często ze sobą zabieram jak gdzieś wyjeżdżam. Jednak szybko okazało się, że zdecydowanie bardziej wolę opisywać miejsca czy górskie wędrówki, niż recenzować książki. Dlatego też zdecydowałam się pisać tylko o książkach bezpośrednio związanych z tym co kocham najbardziej, czyli podróżami i górami. Będzie zatem trochę monotematycznie.

Pragnę podziękować wszystkim, którzy odwiedzają mojego bloga, którzy mnie wspierają w tym co robię, a najbardziej dziękuję tym, którzy motywują do dalszych działań, napełniają moją głowę kolejnymi pomysłami i marzeniami, są moją inspiracją.

28 maja 2013

W zamkowym zaułku, czyli zielony bezkres Leeds

Zamek Leeds – oddalony o około 40 mil na południowy wschód od Londynu, położony w hrabstwie Kent, niedaleko Maidstone. Wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z brytyjskim  miastem Leeds, lecz jego nazwa pochodzi od wioski leżącej nieopodal, o takiej samej nazwie – Leeds. Zamek został wzniesiony w XII w. Był ulubioną rezydencją Edwarda I. W XVI w. zamek  stał się siedzibą Katarzyny Aragońskiej. 

8 maja 2013

„Ruszyła maszyna po szynach ospale…”, czyli pełna para i do przodu!

Dawno mnie już tutaj nie było. Tak się sprawy poukładały, że niestety blog zszedł na dalszy plan. Ale teraz już wracam pełną parą, mam nadzieję, niczym parowozy w Wolsztynie!



Wolsztyn – niewielkie miasto w Wielkopolsce położone przy brzegach dwóch jezior: Wolsztyńskiego i Berzyńskiego. Sławne w całej Europie. A to za sprawą dużych kół, węgla i pary, czyli… parowozów. To właśnie w Wolsztynie znajduje się jedyna parowozownia w Europie obsługująca ruch pasażerski. Znajduje się tam około 30 parowozów. Codziennie z Wolsztyna do Poznania wyrusza pociąg prowadzony właśnie przez tę maszynę parową. Parowozownia jest udostępniona dla ruchu turystycznego. Można ją odwiedzać codziennie. I w brew pozorom, nie pełni funkcji muzeum lecz jest czynnym zakładem pracy!


Co roku, na przełomie kwietnia i maja, w Wolsztynie odbywa się Parada Parowozów, na którą zjeżdżają się ludzie z całej Polski, ale też i z innych krajów.  W tym roku odbyła się ona w dniach 27-28 kwietnia. Była jubileuszową – XX Paradą (pierwsza odbyła się w 1993 roku). Trzeba zatem przyznać, iż jest to święto z tradycją. Celem tej imprezy jest zwrócenie uwagi na to zanikające już rzemiosło. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu buchające parą lokomotywy na dworcach PKP były codziennością. Dzisiaj mamy elektrowozy. Za kilkadziesiąt lat, kiedy zabraknie pasjonatów i czynnych maszynistów parowozów, sztuka ta przejdzie do historii.  


Teraz chwilka na odprężenie i powrót do czasów dzieciństwa. Bo chyba nie ma osoby, która nieznana by wiersza Juliana Tuwima „Lokomotywa”. Przypomnijmy sobie więc te słowa …












Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa -
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.
Wagony do niej podoczepiali
Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali,
I pełno ludzi w każdym wagonie,
A w jednym krowy, a w drugim konie,
A w trzecim siedzą same grubasy,
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy.
A czwarty wagon pełen bananów,
A w piątym stoi sześć fortepianów,
W szóstym armata, o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
W siódmym dębowe stoły i szafy,
W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
W dziewiątym - same tuczone świnie,
W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,
A tych wagonów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się natężał,
To nie udźwigną - taki to ciężar!

Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!

Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to,
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha?
Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki kołami ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...

A teraz znów wracamy do Wolsztyna. 
W Paradzie Parowozów biorą udział lokomotywy parowe nie tylko z Polski, ale też i z innych krajów Europejskich, np. z Czech, Austrii, Słowacji czy Niemiec. Parada to rzeczywiście parada – parowozy są niczym modelki na wybiegu. Przejeżdżają po kolei, najpierw pojedynczo, potem parami i na koniec wszystkie razem, w tę i z powrotem.   
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...