Budapeszt –
węgierska stolica, powstała po połączeniu dwóch miast rozwijających się przy
brzegu Dunaju – zachodniej Budy oraz wschodniego Pesztu. Są one niejako swoimi
przeciwieństwami – Buda to pagórkowaty teren z dużą ilością parków i lasów,
Peszt to obszar nizinny, skupiający centrum miasta.
W tym wpisie skupię się na wschodnim brzegu Dunaju, czyli Budzie, a dokładniej
rzecz ujmując – na Wzgórzu Zamkowym.
Zamek Królewski (Budavári Palota). Od razu rzuca się
w oczy dumnie i majestatycznie wznoszący się nad Dunajem dawny Zamek Królewski.
Na zboczach wzgórza mnożna dostrzec pozostałości po murach obronnych Budy. Dziś cały kompleks zabudowań królewskich, podobnie jak i całe Wzgórze Zamkowe, znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury
UNESCO. W pałacu obecnie mieszą się: Galeria Narodowa, Muzeum Historii Budapesztu,
Biblioteka Narodowa oraz Muzeum Sztuki Współczesnej. Jest zatem w czym
wybierać.
Pałac Sándor (Sándor Palota). Znajduje się on w
bliskim sąsiedztwie Zamku Królewskiego, na Placu św. Grzegorza. Stanowi siedzibę
prezydenta Węgier. Wejście do niego jest pilnie strzeżone przez wartowników. Tuż
przy pałacu znajduje się górna stacja kolejki wyjeżdżającej na Wzgórze Zamkowe.
Plac św. Grzegorza (Szent György tér). Mieści się tuż przy zamku Królewskim.
Najbardziej charakterystycznym elementem tego placu jest pomnik Turula – figura
ptaka zastygłego w krzyku, rozpościerającego swe skrzydła. Ptak ten nawiązuje
do pewnego węgierskiego mitu i jest uważany za symbol Węgier. Zachodnią część placu zajmują wykopaliska
archeologiczne – niedawno odkryte, średniowieczne ruiny.
Kolejka Sikló.
Łączy ona Wzgórze Zamkowe z placem Clark Adám tér położonym u podnuża Mostu
Łańcuchowego. Historia tejże kolejki sięga już lat 60. XIX w. Różnica poziomów
jest niewielka – to zaledwie 51m. Obecnie funkcjonują dwa wagoniki o imionach:
Gellert oraz Margit. Opcja spaceru na wzgórze (której osobiście jestem zwolenniczką) jest
równie atrakcyjna i całkiem sympatyczna, a przy okazji pozwala zaoszczędzić
godziny, które w przeciwnym razie musielibyśmy spędzić w kolejce.
Kościół Macieja (Mátyás templom). Jeden z
najważniejszych węgierskich kościołów znajduje się tuż przy Baszcie Rybackiej.
Budowla pochodzi z końca XIII w, jednakże liczne zniszczenia świątyni wymusiły
jej rekonstrukcję. Dzisiejszy wizerunek pochodzi z XIX w. Strzeliste
wieżyczki, kolorowa dachówka, koronkowe zdobienia, portale oraz rozety – całość komponuje się naprawdę wspaniale. Muszę przyznać, że to jedna z
piękniejszych świątyni jaką widziałam (oceniając jej zewnętrzny urok). Nic zatem dziwnego, że na ławeczka w parku przed kościołem roiło się od artystów chcących uwiecznić budowlę w swoich szkicownikach.
Baszta Rybacka (Halászbástya). Drugi, zaraz po
gmachu Parlamentu, symbol Budapesztu. Nazwa Baszta Rybacka odnosi się do
fragmentu murów obronnych średniowiecznej Budy. Skąd określenie rybacka? Krąży
wiele teorii na ten temat, jednak do dzisiaj nie można być pewnym skąd tak naprawdę
nazwa ta wzięła swój rodowód. Baszta, podobnie jak Kościół Macieja, zachwyca
ażurową, neoromańską architekturą oraz dbałością wykonania detali i zdobień.
W otoczeniu Baszty znajduje się także pomnik
króla św. Stefana I. Z basztowych tarasów roztacza się piękny widok na Peszt –
widać gmach Parlamentu, kopułę Bazyliki św. Stefana, Dunaj oraz pięknie prezentujący
się na nim Most Łańcuchowy, wyspę
Małgorzaty, a nawet Górę Gellerta. Otoczenie Baszty Rybackiej oraz Kościoła
Macieja ponoć uważane jest za jeden z bardziej romantycznych zakątków
Budapesztu. No cóż, trudno się z tym nie zgodzić…
Przy Baszcie Rybackiej naszła nas ochota na spróbowanie
pieczonych kasztanów. Dotychczas kasztany kojarzyły mi się z czymś, co przyciąga
dobrą energię lub leży na parkowych alejkach wśród kolorowych, jesiennych
liści. Pora jednak by zmienić tok myślenia. Pieczone kasztany okazały się naprawdę
smakowitą przekąską! Warto ich spróbować. Najlepiej na Baszcie Rybackiej. Piękne
widoki pocieszą oko, a małe co-nie-co ucieszy nasz brzuszek. :)
Piękna architektura. Jest co zwiedzać. Trzeba tylko mieć duuuży zapas czasu. :)
OdpowiedzUsuńMi na Budapeszt starczyły 4 dni :) Ale fakt, czas trzeba mieć i z tym bywa nawet gorzej niż z pieniędzmi! Ale zawsze da się jakoś wszystko sensownie rozplanować i pogodzić :)
UsuńJak zwykle cudnie, brakuje na zdjęciach tylko Twojej buzi uśmiechniętej, dlaczego?
OdpowiedzUsuńA właśnie nie wiem, jakoś zapomniałam o moich zdjęciach... Ale nadrobię to w kolejnym poście o Budapeszcie! :)
UsuńZdecydowanie bardziej podobała mi się Buda niż Peszt. A w restauracji z widokiem na parlament (tej z kolumienkami) piłam najlepszą w życiu mrożoną herbatę. No ale wtedy było ze 45*C ;)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń